Beniowski (Juliusz S³owacki) - PIE¦Ñ CZWARTA strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Ksiêgi go¶ci | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki wid³owe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zosta³o powo³ane do ¿ycia w sierpniu 2005 roku, na ³amach serwisu prezentujê ksi±¿ki znanych pisarzy, które s± szkolnymi lekturami lub s± warto¶ciowe (wg mnie). Wszystkie ksi±¿ki s± zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których ksi±¿ki prezentujemy nie ¿yj± ju¿ ponad 70 lat i ich dzie³a s± obecnie dobrem publicznym, które mo¿na rozprowadzaæ bez uiszczania jakichkolwiek op³at. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany pogl±dów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Beniowski - Juliusz S³owacki / PIE¦Ñ CZWARTA
::-[ poprzedni rozdzia³ :: spis tre¶ci :: kolejny rozdzia³ ]-::
poprzednia strona
ione? Czy ur±gaj±? – nie wiem – i nie raczê Goniæ my¶lami te smêtne, stracone Mary. Lecz nieraz, kiedy mi zakracze Orze³ lec±cy na s³oñce czerwone, Zda mi siê, ¿e to jaka¶ dusza bratnia Znów odlatuje ode mnie – ostatnia! Lubi³em takie dusze dzikie, smêtne, Rozokolone na niebie szeroko, B³yskawicowe trochê, trochê mêtne, Nawet gdy w cia³o siê straszne oblok± I w pioruny siê rzucaj± namiêtne Lub nad Safony chwiej± siê opok±; Lubi³em takie dusze – nie bezkarny! – Wybrednie marz±c w ró¿ach – kolor czarny. Dzi¶ uleczony na pó³ – lubiê ró¿e Takie, jakimi je Bóg stworzy³, ³adne I wiotkie. – Teraz wam powie¶ci± s³u¿ê I w ¿adne wiêcej ustêpy nie wpadnê, ¯adn± gawêd± pie¶ni nie przed³u¿ê, Ale te¿ z faktów wam nic nie ukradnê, Bo wszystko godne jest pamiêci wiecznej I wszystko mo¿e uj¶æ – w kompanii grzecznej. Stoi wiêc w dêbie moja mo³odyca Ze ¶wiec± – jasne dwa go³êbie burcz±; Ksi±dz pieczêtuje sygnetem szlachcica Listy... Pos³uszne siê papiery kurcz± W kopertê; z lakiem o¿eniona ¶wieca – Mówi±c Delill[e]a stylem – styl tak sturcz± Poeci, ¿e dzi¶ gwa³tem trzeba z Francji Rozumu, jeszcze wiêcej elegancji – O¿eniona wiêc ¶wieca z lask± laku Wyda³a tê ³zê, która z tajemnicy Nie da siê nigdy odedrzeæ bez znaku – Zw³aszcza je¿eli Moskal na granicy Nie czyha na twój sekret, o Polaku, Z pomoc± drugiej o¿enionej ¶wiecy, I chmur z tajemnic twoich nie uchyla Zdradzieck± rêk± nocy (styl Delill[e]a). Ju¿ wiêc ksi±dz Marek (tu mnie nie do¶cign± Iksy warszawskie) kochanków za¶lubi³ I nim oboje w ma³¿eñstwie ostygn±, Przypieczêtowaæ chcia³ – ju¿ lak naczubi³, Ju¿... ju¿... Wtem szable mu po oczach mign±! Ksi±dz wsta³ – szczêk wielki by³ – piecz±tkê zgubi³; Ujrza³ na ¶cianach boju stereotyp, Bowiem d±b w ¶rodku by³ jak dagerotyp. Co siê wiêc dzia³o zewn±trz, to siê w ³onie Suchego dêbu odbi³o têczowie. By³ bój, naprzeciw siebie sz³y dwa konie, A na koniach szli dwaj bohaterowie, Nad g³ow± nios±c podniesione bronie, Szablice; ka¿da jako sierp na g³owie. Zaraz ksi±dz pozna³, ¿e ci wojownicy Byli to z panem Saw± pan Maurycy. Poznawszy, w duchu rzek³: „Nie pójdê godziæ, Niechaj¿e sobie trochê krwi utocz±, To mo¿e nadto gor±cych och³odziæ, Potem z rozwag± wiêksz± w ogieñ skocz±... Tak mówi±c patrza³, jak chc±c sobie szkodziæ, Na ¶cianach têczê tworzyli urocz±. ¦wiat³o¶æ ich obu owionê³a krwawa; W ogniu na bia³ym koniu miga³ Sawa. Spotkali siê raz, z³o¿yli nad g³ow± I znów ich konie roznios³y szalone; Za drugim razem tn±c sztuk± krzy¿ow± Beniowski, zgrabnie skoczywszy na stronê, Da³ szacht tak p³ytki koniowi nad g³ow±, ¯e mu z przyciêtych uszu dwie czerwone Trys³y fontanny; jak rubin siê ¿arz± W biegu, nadjecha³ na nie Sawa twarz±. Wiêc siê na bia³ym wydawa³ rumaku, Maj±c zalane oczy krwi wytryskiem, Jakby delfina mia³ w z³otym czapraku Pod siod³em, który krew wyrzuca³ pyskiem. Nie daj±c jednak najmniejszego znaku, ¯e by³ zmieszany tym ostrym dogryzkiem, Obróciwszy siê koniowi do grzbietu Strz±s³ krew i z olster doby³ pistoletu. Straszny by³ wtenczas: we krwi, co go broczy, Spokojn± mia³ twarz i spokojnie mierzy³ Do bohatera pie¶ni, miêdzy oczy – I gdyby krzemieñ by³ spad³ i uderzy³ W dekê... co skrami pryskaj±c odskoczy, Pewnie by wiêcej mój bohater nie ¿y³... Bo sam wyznawa³, ¿e w szturmaku onym Widzia³ przybit± kulê czym¶ czerwonym. Wiêc pewnie by j± by³ duszy oczyma, Jak mówi Hamlet, w czaszce swej zobaczy³, Gdyby nie dziwne, a dla pisoryma Mi³e zdarzenie. – Bóg zachowaæ raczy³ Cz³owieka, a ja zeñ zrobiê olbrzyma; Byle mi tylko czytelnik przebaczy³, ¯e empirycznie, min±wszy przyczynê, Wda³em siê w skutek rzeczy, w r±baninê. Lecz wpad³szy muszê koñczyæ. Wiêc pan Sawa Lewe przymru¿y³ oko i wyceli³, A za¶ powszechnie o nim nios³a s³awa, ¯e nawet pannom, gdy sobie podc
nastêpna strona
::-[ poprzedni rozdzia³ :: spis tre¶ci :: kolejny rozdzia³ ]-::
|