Beniowski (Juliusz S³owacki) - PIE¦Ñ TRZECIA strona nr 3

skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Ksiêgi go¶ci | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki wid³owe | Zlewozmywaki

Archiwum lektur szkolnych zosta³o powo³ane do ¿ycia w sierpniu 2005 roku, na ³amach serwisu prezentujê ksi±¿ki znanych pisarzy, które s± szkolnymi lekturami lub s± warto¶ciowe (wg mnie). Wszystkie ksi±¿ki s± zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których ksi±¿ki prezentujemy nie ¿yj± ju¿ ponad 70 lat i ich dzie³a s± obecnie dobrem publicznym, które mo¿na rozprowadzaæ bez uiszczania jakichkolwiek op³at. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line.
Zapraszam do wymiany pogl±dów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.


UWAGA: SUPER STRESZCZENIA

Szkolne lektury / Beniowski - Juliusz S³owacki / PIE¦Ñ TRZECIA

::-[ poprzedni rozdzia³ :: spis tre¶ci :: kolejny rozdzia³ ]-::


poprzednia strona

, szczêka, p³ynie,
K³ania siê, kiedy kula ponad uchem
Gwi¼nie – i znów siê prostuje, gdy minie,
Tu gar¶æ Kozaków jakby oczeretów
Kêpa, tu b³yski szabel, tam – bagnetów.
Na to pan Zbigniew patrza³ sponad wzgórza.
Wzdryga siê pod nim koñ i uchem strzy¿e.
Beniowski sp³on±³ na twarzy jak ró¿a,
Chcia³by i¶æ w ogieñ – ale mówi±c szczerze,
Trochê go piêkna ta dziwi³a burza,
Nad któr± barskie siê ³yska³y krzy¿e.
I tak, co mia³by wyst±piæ jak aktor,
Sta³ jak tchórz albo gazety redaktor.
Lecz ju¿ nareszcie zbiera³ siê do lotu,
Chcia³ biec, gdzie burza b³yska³a czerwona,
Gdy oto nagle, prawie bez ³oskotu,
Jakby mu jaka nimfa na ramiona
Z³o¿y³a rêce... Wrzasn±³ g³o¶no: „Kto tu?”
I mocniej w nim pier¶ zadr¿a³a wzburzona.
Spojrza³ – na ramion mu siedzia³o brzegu
Dwoje go³êbi ja¶niejszych od ¶niegu:
„Czy jastrz±b je tu jaki – my¶la³ – goni?
Czy siê wydajê w stepach go³êbnikiem?”
Tak my¶l±c zdj±³ je i trzymaj±c w d³oni
Rzuci³ w powietrze. Lecz jak z baletnikiem
Zwi±zana dusz± Elsler lub Taglioni,
Gdy udaruje j± car naszyjnikiem,
Taniec w go³êbia lot przemienia dziwnie:
Tak owe bia³e go³êbie, przeciwnie,
Z lotu zrobi³y taniec – i nad g³ow±
Pana Zbigniewa na skrzyd³ach trzymane,
Jakby mi³o¶ne daj±c sobie s³owo,
Mi³o¶nie dzióbki z³±czy³y ró¿ane;
I rozlecia³y siê w b³êkit na nowo,
Wa¿±c siê d³ugo, smêtne, zadumane,
Jakby straci³y i szuka³y siebie,
Podobne zmar³ym duszom ludzkim w niebie.
I zobaczywszy siê nagle, jak strza³y
Znów sz³y ku sobie lotem b³yskawicy;
I znów z³±czone jako p³atek bia³y
¦niegu, go³±bek przy swej go³êbicy
Krêci³ siê, skrzyd³em j± tr±ca³ nie¶mia³y;
A¿ zmordowani obaj tanecznicy
Najmilsze z siebie dali malowid³o:
Senn± kochankê go³±b wzi±³ na skrzyd³o,
Przyniós³ na ziemiê, po³o¿y³ na trawie
I wko³o chodz±c budzi³ gar³owaniem.
Na szyjê wysz³y mu kolory pawie:
Mi³o¶æ go takim darzy malowaniem!
Mi³o¶æ ubra³a mu piersi jaskrawie
W ogieñ têczowy. Z takim siê kochaniem
Zapatrzy³ go³±b w swoj± senn± pani±,
¯e têcza blasków z niego – przesz³a na ni±.
I obudzi³a siê. I znów oboje
Lecia³y prosto na Zbigniewa barki.
On je pog³aska³ i wnet wszystko dwoje,
Têczowe piersi zgasiwszy i karki,
Z ramion mu posz³y i w krêgi, i w s³oje
Tn±ce powietrze. Zrazu by³ nieszparki
Lot: póki rycerz nie ruszy³ wêdzid³em,
Póki nie goni³ – wabi³y go skrzyd³em.
Lecz gdy bezmowne owe dwie istoty
Przela³y swojê my¶l w serce cz³owieka,
Coraz prêdszymi uda³y siê loty;
I wnet zrozumia³ rycerz, ¿e go czeka
Awantur nowych, dziwnych, ³añcuch z³oty,
Zaczarowany zamek albo rzeka
Pe³na rusa³ek. – O! domys³y trafne! –
Mo¿e w pokrzywy przemieniona Dafne,
Mo¿e Minotaur i zaklête skarby,
Z których jak z dobrej wioski bêdzie przychód –
Tak m³odo¶æ wszystko stroi w l¶ni±ce farby,
Nigdy siê ma³ych nie spodziewa lichot.
O, gdyby nie to! to nigdy Ikar by
Nie lata³, nigdy by nie ¿y³ Don Kichot,
Nigdy by w „Trzecim Maju” nie uros³y
Iluzje – na co dzi¶ tak wrzeszcz± pos³y,
Beniowski, goni±c go³êbie i mary,
Obaczy³, ¿e na d±b samotny siad³y –
By³ to ów s³awny d±b, gadu³a stary,
Jak czarownica krzywy i wyblad³y.
Ogniste zesch³a kora mia³a szpary,
Z konarów li¶cie na po³y opad³y,
Li¶æ, co pozosta³ – zwiêd³y i zwalany,
Szumia³ po drzewie jak krwawe ³achmany.
Bez kszta³tu, spiek³y, podarty, nie¿ywy,
Zimê i lato wisia³ na konarze;
Kruk siê go lêka³, a jeleñ pierzchliwy
Nigdy nie zasn±³ w tym krzemiennym jarze
Bo z wiatrem ów li¶æ ³opota³ straszliwy
Jako szatañskie skrzyd³o, ca³e w ¿arze...
Noc± spod owych skrwawionych warkoczy
Próchno ¶wieci³o siê w dêbie – jak oczy.
Na drzewo spad³y dwa ptaszki Wenery.
Beniowski w galop szed³ za lotem ptaków,
Albowiem ujrza³ dwa ruskie giwery
I sze¶æ pod dêbem kozackich ko³paków...
Którzy tam pewnie jako marodery
Szukali w drzewie skarbów lub Polaków...
I nie z

nastêpna strona



::-[ poprzedni rozdzia³ :: spis tre¶ci :: kolejny rozdzia³ ]-::




Centrum ogrodowe




Archiwum lektur szkolnych istnieje od sierpnia 2005, mapa serwisu Polityka prywatno¶ci
Autor skryptów: Przemys³aw Krajniak, Skrypty PHP