Beniowski (Juliusz S³owacki) - PIE¦Ñ DRUGA strona nr 1

skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Ksiêgi go¶ci | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki wid³owe | Zlewozmywaki

Archiwum lektur szkolnych zosta³o powo³ane do ¿ycia w sierpniu 2005 roku, na ³amach serwisu prezentujê ksi±¿ki znanych pisarzy, które s± szkolnymi lekturami lub s± warto¶ciowe (wg mnie). Wszystkie ksi±¿ki s± zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których ksi±¿ki prezentujemy nie ¿yj± ju¿ ponad 70 lat i ich dzie³a s± obecnie dobrem publicznym, które mo¿na rozprowadzaæ bez uiszczania jakichkolwiek op³at. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line.
Zapraszam do wymiany pogl±dów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.


UWAGA: SUPER STRESZCZENIA

Szkolne lektury / Beniowski - Juliusz S³owacki / PIE¦Ñ DRUGA

::-[ poprzedni rozdzia³ :: spis tre¶ci :: kolejny rozdzia³ ]-::


O! nie lêkajcie siê mojej goryczy!
Dalibóg! nie wiem sam, sk±d mi siê wziê³a;
D³ugo po ¶wiecie, pielgrzym tajemniczy,
Chodzi³em farby zbieraj±c do dzie³a,
A teraz moja muza strof nie liczy,
Lecz z³e i dobre gwiazdy siaæ zaczê³a;
Komu za ko³nierz spadnie przez przypadek
Syrius rzucony przez ni± lub Nied¼wiadek,
Spali siê – lecz ja nie winien. Per Bacco!
Ró¿nymi drogi mój poemat wiodê;
Jak Chochlik czêsto czêstujê tabak±,
A gdy kichaj±, ja zaczynam odê,
Na przyk³ad drug± piêkn± „Odê” tak±
Jak „do m³odo¶ci”. Mo¿e serca m³ode
Pokochaj± mnie za to, ¿em jest ¶mia³y
Jak Roland, który wpó³ rozcina³ ska³y.
I teraz chcia³bym rozci±æ – co? – dom jeden,
Podolski jeden dom rozci±æ na dwoje;
I pokazaæ wam, jaki szczery Eden!
Jak nieraz pe³ne anio³ów pokoje!
Jak z³oty, piêkny domów jest syredeñ! –
Ukraiñskie to s³óweczko, nie moje.
Wywo³a³ je tu rym przez d¼wiêki bli¼nie,
Nie mi³o¶æ, któr± mam ku Kozaczy¼nie.
Chcia³bym wiêc rozci±æ jeden z dawnych dworów
Które na górach stoj± nad stawami.
Stawy – to tarcze z têczowych kolorów,
Gdzie siê ³abêdzie bia³e za gwiazdami
Goni±, podobne do srebrnych upiorów,
A na nie ksiê¿yc jasnymi oczami
Patrzy, na niebie jeden – przez topole,
A drugi taki z³oty ksiê¿yc – w dole.
Atoli wnêtrze tych domów dopiero
Poetyczne jest – zw³aszcza je¶li mi³o¶æ
O¶wieci, wonn± je nape³ni mirr±
I ¶cian drewnianych sprostuje pochy³o¶æ;
Podolanek s± usta srebrn± lir±,
Serca... – Ta strofa ma pewn± zawi³o¶æ,
Której nie lubiê, lecz j± skoñczyæ muszê –
Serca s± takie jak anio³ów dusze.
Sam zna³em jedn± – lecz nie wspomnê o niej,
Bo siê nadzwyczaj mój rym rozserdeczni.
Od serca mi jej wia³o tyle woni
I tyle ¶wiat³a, ¿e mi dzi¶ s³onecznie) –
Chocia¿ mi zegar teraz pó³noc dzwoni –
Ni¿ gdybym w Boga siê patrza³ najwieczniej.
Niech was blu¼nierstwa nie rozpêdza trwoga;
Ona umar³a ju¿. – Jest czê¶ci± Boga,
Dusz±, ¶wiat³o¶ci±, wol±, jedn± chwil±
Wieczno¶ci, wiedz± wszystkiego. – O! dosyæ!
Niech resztê grobu cyprysy ochyl±.
Ró¿om najbielszym jej ¿a³obê nosiæ.
J± s³oñca drogi mlecznej nie omyl±;
Zdziwiona blaskiem, bêdzie siê podnosiæ
Jako harmonii lekkiej g³os, bez koñca
Ze s³oñc na wielkie s³oñca i nad s³oñca.
A gdy siê w drogi zatrzyma po³owie,
Jak go³±b puszczê za ni± skrzyd³a chy¿e –
A tu mi rêce zawi±¿cie na g³owie
I twarz± blad± po³ó¿cie na lirze,
Jakbym w alpejskim upad³szy parowie
Spoczywa³. – Mia³em ja troski i krzy¿e;
Wiêcej, ni¿ ¶ni³o siê wam, filozofom.
Lecz dajmy pokój tym my¶lom i strofom.
Dosyæ o sercach strzaskanych, o ¶wiecie
Tu, ziemskim, i tam, nads³onecznym; oba
Smêtne s±. – ¦wiaty wam utworzê trzecie;
Je¿eli siê mój poemat podoba,
Znów drugi, wielki tom napiszê w lecie,
A te zostan± pie¶ni jako proba
Wcale nie wed³ug mego serca – ale
Poniewa¿ moje s±, otwarcie chwalê.
„G³upi! o sobie dobrze mów!” – wykrzyka
Ryszard w okropnym bardzo monologu,
Ujrzawszy siebie we ¶nie jak krwawnika
Oczerwienionym, na piekielnym progu –
Szkoda, ¿e w ksiêdzu Kiefaliñskim znika
Szekspir; przyczyn± jest trudno¶æ po³ogu
W stanie bez¿ennym – tak¿e to, ¿e z ksiêdza
Nie mo¿e nagle byæ Makbeta jêdza.
O ksiê¿ach dobrze mów! – Jest to przestroga
Ju¿ nie Szekspira; na tym fundamencie
Moralno¶æ ca³a stoi. – Lecz na Boga!
Gdzie mój poemat? Moje przedsiêwziêcie
Epiczne? Moja ariostyczna droga?
Widzê, ¿e wszystko mi stoi na wstrêcie,
Nawet pisania ³atwo¶æ rzuca plamê –
Mówi±, ¿e w czterech dniach uk³adam dramê.
O Bo¿e! ile¿ bym stworzy³ romansów,
Gdybym chcia³ wszystkich d.....w byæ zabaw±,
Wysp± dla grubych naszych Sanczo Pansów,
Na której by siê uczyli ze s³aw±
Sylabizowaæ. Lecz z proz± aliansów
Nie chcê – do wiersza mam, jak s±dzê, prawo.
Sam siê rym do mnie mi³o¶nie nagina,
Oktawa pie¶ci, kocha miê sestyna.
Kto¶ to powiedzia³, ¿e gdyby siê s³owa
Mog³y staæ nagle

nastêpna strona



::-[ poprzedni rozdzia³ :: spis tre¶ci :: kolejny rozdzia³ ]-::




Centrum ogrodowe




Archiwum lektur szkolnych istnieje od sierpnia 2005, mapa serwisu Polityka prywatno¶ci
Autor skryptów: Przemys³aw Krajniak, Skrypty PHP