Beniowski (Juliusz S³owacki) - PIE¦Ñ DRUGA strona nr 2

skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Ksiêgi go¶ci | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki wid³owe | Zlewozmywaki

Archiwum lektur szkolnych zosta³o powo³ane do ¿ycia w sierpniu 2005 roku, na ³amach serwisu prezentujê ksi±¿ki znanych pisarzy, które s± szkolnymi lekturami lub s± warto¶ciowe (wg mnie). Wszystkie ksi±¿ki s± zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których ksi±¿ki prezentujemy nie ¿yj± ju¿ ponad 70 lat i ich dzie³a s± obecnie dobrem publicznym, które mo¿na rozprowadzaæ bez uiszczania jakichkolwiek op³at. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line.
Zapraszam do wymiany pogl±dów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.


UWAGA: SUPER STRESZCZENIA

Szkolne lektury / Beniowski - Juliusz S³owacki / PIE¦Ñ DRUGA

::-[ poprzedni rozdzia³ :: spis tre¶ci :: kolejny rozdzia³ ]-::


poprzednia strona

indywiduami,
Gdyby ojczyzn± by³ jêzyk i mowa,
Pos±g by mój sta³, stworzony g³oskami,
Z napisem: „Patri patriae”. – Jest to nowa
Krytyka. – Stój! – ten pos±g b³yska skrami,
Spogl±da z góry na wszystkie jêzyki,
L¶ni jak mozaika, ¶piewa jak s³owiki;
Otocz go lasem cyprysów, modrzewi,
On siê rozjêczy jak harfa Eola,
W ró¿e siê same jak dryjada wdrzewi,
G³osem wyleci za lasy na pola
I roz³abêdzi wszystko, roze¶piewi...
Jak smuk³a, pe³na s³owików topola,
Co kiedy w nocy zacznie pie¶ñ skrzydlat±,
My¶lisz... ¿e w niebo ulatujesz z chat±,
¯e porwa³ ciê g³os, jasno¶æ ksiê¿ycowa,
Serce rozkwit³e, rozlatane pieniem.
O! gdyby mog³y siê na pos±g s³owa
Z³o¿yæ i stan±æ pod cyprysów cieniem
Jak marmur, który duszê w sobie chowa
I z wolna z³otym wylewa strumieniem,
A tak powoli leje i ³agodnie,
¯e po tysi±cach lat, jak s³oñce wschodnie
Stoi w nim ca³a, ogromna... O! gdyby!...
Zachcenia moje s± jak Klefta ¿±dze,
Który chcia³ w trumnie mieæ dla s³oñca szyby
I dla jaskó³ek... Na co?... Znowu b³±dzê
Jak Telimena, gdy wysz³a na grzyby,
A zbiera mrówki (mrówkami s± ¿±dze –
Na wiatr to mówiê tylko, lecz w nadziei,
¯em dostrzeg³ jako poznañczyk – idei).
Czy w poemacie tym równie szczê¶liwa
Krytyka równe porobi odkrycia?
Nie wiem. – Czasami my¶l w eterze p³ywa,
Przez piêkne bardzo przelatuj±c ¶nicia,
Lecz pó¼niej pismo, druk têcze obrywa
Z kszta³tów. – A teraz odb³ysk mego ¿ycia
Na ten poemat pada niezbyt piêknie.
Patrzcie, jak serce weso³e – gdy pêknie!
Szczê¶ciem, ¿e pie¶ni tej bohater m³ody,
¦wie¿y, mi³o¶ny i ma ciemne oko,
Z³ote po³yskiem zielonawej wody,
Lecz niezbyt na ¶wiat patrz±ce g³êboko.
Owszem, ma nadto serdecznej pogody,
Nadto mu prawie na ¶wiecie szeroko.
Ach! nieraz szczerze westchniecie z lito¶ci,
Widz±c, jaki w nim brak artystyczno¶ci!
Poezja go otacza. – Czytelniku!
Na jego miejscu, o! ile¿ by¶ razy
Uczu³, ¿e dusza twa na wykrzykniku
Hipogryfuj±c, leci, tnie wyrazy,
Klnie, ¿e woko³o zimnych serc bez liku!
Same szkielety pod ni±, same p³azy! –
Beniowski, jakby go Bóg o tym ostrzeg³,
A priori to czu³ – lecz nie spostrzeg³.
Co lepsza, nigdy nie mówi³, nie pisa³ –
Biedaczek! brak³o mu formy gotowej!
Nigdy siê w my¶lów dzwon nie rozko³ysa³,
Idei ¿adnej w nim nie by³o nowej;
Najnowsze z ustek ró¿anych wysysa³;
I teraz, patrzcie! w pasiece lipowej
Klêczy pokornie przy kochanki nodze –
Oboje na zbyt niebezpiecznej drodze.
Lecz m³odo¶æ – o! ta, pomimo dewotek,
Ta jest najlepsz± obron± dziewicom;
To jest kochanków m³odo¶æ. – Mimo plotek
Szesnastoletnim siê przybli¿yæ licom
Pozwólcie – zw³aszcza gdy ch³opiec-podlotek
Zazdro¶ci skrzyde³ dwu synogarlicom
Dlatego tylko, ¿e siê mog± brataæ,
Piórkami ¶ciskaæ i gruchaæ, i lataæ.
O! pierwsza mi³o¶æ! tej wiernym obrazem
Jest zamienienie serc bez interesu;
Tej idea³em jest latanie razem
W krainie, w której nie ma koñca, kresu.
Potem siê cz³owiek g³upi staje p³azem;
Mimo krew zimn±, z ka¿dego karesu
Mog± wynikn±æ rzeczy z³e i zdro¿ne,
O których ksi±¿ki ju¿ mówi± nabo¿ne.
Za takie rzeczy, nie rozumiem zgo³a,
Dlaczego w Rzymie nieszczêsne grzesznice
Sadz± do zamku ¶wiêtego Anio³a,
Prócz tych... – Ta strofa musi zakryæ lice;
Wstydzi siê, ¿e tê my¶l wziê³a od czo³a,
Nie za¶ z profilu. O muzy-dziewice!
Zarumienieniem waszym ucieszony,
Wracam do bajki mojej – z innej strony.
To jest – zostawiam z kochankiem dziewicê
¦ród ró¿, drzew, ¶wiate³ ksiê¿ycowych, woni,
Wód rzucaj±cych srebrne b³yskawice
Spod brzóz i biel± okrytych jab³oni;
Serce przy sercu i przy licu lice,
D³oñ niespokojna w niespokojnej d³oni;
Ach! s± to rzeczy bardzo piêkne, czu³e,
Lecz wieszcza mog± przemieniæ w gadu³ê.
A wiêc do zamku wracam, gdzie Starosta
K³ania³ siê, poi³, d±³, puszy³, bra³ na ton,
A chocia¿ szlachta go s³ucha³a prosta,
O rzeczach duszy roz

nastêpna strona



::-[ poprzedni rozdzia³ :: spis tre¶ci :: kolejny rozdzia³ ]-::




Centrum ogrodowe




Archiwum lektur szkolnych istnieje od sierpnia 2005, mapa serwisu Polityka prywatno¶ci
Autor skryptów: Przemys³aw Krajniak, Skrypty PHP