Beniowski (Juliusz S³owacki) - PIE¦Ñ PIERWSZA strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Ksiêgi go¶ci | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki wid³owe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zosta³o powo³ane do ¿ycia w sierpniu 2005 roku, na ³amach serwisu prezentujê ksi±¿ki znanych pisarzy, które s± szkolnymi lekturami lub s± warto¶ciowe (wg mnie). Wszystkie ksi±¿ki s± zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których ksi±¿ki prezentujemy nie ¿yj± ju¿ ponad 70 lat i ich dzie³a s± obecnie dobrem publicznym, które mo¿na rozprowadzaæ bez uiszczania jakichkolwiek op³at. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany pogl±dów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Beniowski - Juliusz S³owacki / PIE¦Ñ PIERWSZA
::-[ poprzedni rozdzia³ :: spis tre¶ci :: kolejny rozdzia³ ]-::
poprzednia strona
idywa³a siê ze swoim Zbigniewem. Kronika milczy, czy to widywanie Odbywa³o siê pod jaworu drzewem, W godzinê, kiedy s³ychaæ psów szczekanie, Kiedy s³owiki wywo³uj± ¶piewem Ksiê¿yc spod ziemi; lecz pozwól, asindziej, ¯e siê nie mogli widywaæ gdzie indziej... Zw³aszcza o innej porze... Ojciec srogi, Do tego wielki orygina³, splennik; Diabe³ wie, jakiej wiary: w rzymskie bogi Wierzy³ i wierzy³ w proroctwa i w sennik, Chrystusa tak¿e krwi± oblane nogi Ca³owa³; zwa³ siê cesarzów plemiennik... S³owem, by³a to dziwna meskolancja ¦wiêto¶ci, z³ota, folgi – jak monstrancja. To porównanie poj±³by¶ od razu, Gdyby¶ go widzia³ w z³ocistym szlafroku, Z ³bem ³ysym, gdzie jak z Rembrandta obrazu Odstrzeliwa³o s³oñce; kiedy w mroku Adamaszkowych purpur sta³ jak z g³azu K³aniaj±cym siê ludziom na widoku I sta³ jak martwy, niczym siê nie wzruszy³, Lecz widaæ by³o, ¿e ¿y³ – bo siê puszy³. Zamek jego sta³ nad rzeczk± Ladaw±, Na skale, a pod ska³± staw by³ wielki. W tym stawie widaæ by³o twarz jaskraw± S³oñca i bia³e ³abêdzie Anielki; Grobelka z m³yñsk± u koñca zastaw±, Za grobl± ko¶ció³ Panny Zbawicielki Z trzema wie¿ami baniastymi w z³ocie I chat okienka niby oczy kocie. Wszystko to by³o dziwnie piêkne, cudne! Zw³aszcza ¿e szlachcic, wielki orygina³ Góry uczyni³ do przebycia trudne, Wê¿owe w ska³ach ¶cie¿ki powycina³ I miêdzy ró¿e, co ros³y odludne, Postawia³ golce rzymskie: ten pugina³ W rêku swym trzyma³ i twarz mia³ brodat± – Sk±d ³atwo by³o poznaæ, ¿e to Kato; Apollo w morzu zostawi³ koszulê I na Starosty górach sta³ bez listka; Dalej w egipskich katakombach... ule; Dalej pos±gi, którym koniec ¶wistka Wy³azi³ z gêby i przemawia³ czule Do pana zamku jak do Antychrystka... Albowiem wszystkie te pomys³y pañskie Nie katolickie by³y – lecz pogañskie. W ogrodzie sta³a jaka¶ larwa niema, Czarna, ogromna, rozros³a szeroko; By³ to krzesany d±b na Polifema. Jedno w koronie mia³ wybite oko, A tyle widzia³ nieba, co obiema, I nad sadzawk± co¶ duma³ g³êboko, Patrz±c tym jednym okiem w ciemn± wodê: Na deszcz mia³ czarny wzrok, jasny w pogodê. Naprzeciw by³a bardzo ciemna grota; Przed ni± siê nieraz siwy rybak sk³oni, Gdy go na stawie ogarnie ciemnota, A sieci pluszcz± ¶ród spokojnych toni; Albowiem w grocie Matka Boska z³ota, Z wieñcem ró¿anych lamp na jasnej skroni, Jako Dyjana o poranku bia³a, Na staw z ró¿anej têczy wyziera³a... S³owem, by³o to istne g³upstwa wzgórze, Zwierciad³o czyste cnego antenata, Na którym meszty ¶wieci³y papu¿e, Rzymska, purpur± bramowana szata, Przy ucztach czêsto na ³ysinie – ró¿e, A w rêku czara ze ¶mierci± Sokrata, Tak dobrze, wiernie wykowana rylcem – ¯e kto pi³, zda³ siê mêdrcem – nie opilcem. Z tego wszystkiego pan Kazimierz ¶mia³ siê. Lecz zakochany w cudownej Anieli, Wyjawiæ szczerze swoich my¶li ba³ siê; Polubi³ nawet te pos±gi w bieli, Te groty od lamp ró¿ane – i sta³ siê Nabo¿nym bardzo w ka¿dej skalnej celi; W ka¿dej albowiem by³a jego droga I w ka¿dej po niej zosta³a czê¶æ Boga – Woñ jaka¶, jaki¶ duch nieprzenikliwy, Co my¶li wtr±ca³ i duszê w marzenia. Ka¿dy z nas mia³ kraj m³odo¶ci szczê¶liwy, Kraj, co siê nigdy w my¶lach nie odmienia. Ja sam, com widzia³ Chrystusa oliwy, Góry z marmuru i góry z p³omienia, Wolê – i s±dzê najpiêkniejsz± z krajów Jedn± maleñk± wie¶, pe³n± ruczajów, Pe³n± ³±k jasnych, gdzie kwitnie wilgotna Konwalia, pe³n± sosen, kalin, jode³; Gdzie ró¿a polna b³yszczy siê samotna, Gdzie brzozy jasnych s± kochank± ¼róde³ – A za¶ przyczyna temu jest istotna, ¯e na tych bagnach, gdzie potrzeba szczude³, Jam wtenczas buja³ na m³odo¶ci piórach, Jasny i chmurny –jako ksiê¿yc w chmurach. O Melancholio! nimfo! sk±d ty rodem? Czy¶ ty chorob± jest epidemiczn±? Sk±d przysz³a¶ do nas? Co ci jest powodem, ¯e teraz nawet szla
nastêpna strona
::-[ poprzedni rozdzia³ :: spis tre¶ci :: kolejny rozdzia³ ]-::
|