Ludzie Bezdomni (Stefan Żeromski) - Tom Drugi "Szewska pasja" strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Ludzie Bezdomni - Stefan Żeromski / Tom Drugi "Szewska pasja"
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
roki szedł w swoją stronę i na samym szczycie wszelkich innych argumentów znalazł w głowie jeszcze jeden:
"To jest rola zakładu leczniczego: dostarczać najciemniejszej warstwie ludności zmulonej wody do picia. Zamiast tę warstwę... Cha, cha... Pyszna ilustracja całej afery. Ten śmierdzący szlam w rzece - to jest działanie zakładu leczniczego. Ilustracja szumnych frazesów o >>roli społecznej zakładu w Cisach<<".
Nie mógł wytrzymać. Ten tylko dowcip im powie - no i basta! Powie to Krzywosądowi, nie, nie, nie Krzywosądowi! Powie dyrektorowi w żywe oczy i raz na zawsze skończy dyskusję. Będzie to ich Pyrrusowe zwycięstwo .
Zdawało się, jakby ten argument ujął go za kołnierz i nawrócił z drogi. Jasność faktu i logika rozumowania była tak oślepiająca, że wobec niej wszystko znikło jak cień wobec światła. Gdyby kto biciem zmuszał Judyma w owej chwili do wyszukania argumentu który by osłabił siłę konceptu o tej mniemanej roli zakładu, nie wydusiłby z niego ani jednej myśli. Dyrektor i Krzywosąd widzieli zbliżenie się młodego asystenta, ale udawali, że prowadzą ze sobą dyskurs ważniejszy niż wszystko na ŕwiecie. Dopiero gdy witał się z nimi, zwrócili się doń nie przerywając zresztą ani na chwilę ożywionego traktatu o jakimś włosieniu do materaców. Judym długo milczał, obojętnie patrząc na chłopów unurzanych w błocie, bosych, bez ubrania, którzy pchali przed sobą wielkie taczki.
Wszystko kipiało w nim i przewracało się do góry nogami. W myśli powtarzał swój dowcip i układał go w formę literacką. Chciał to wyrazić w uwadze niewinnie zjadliwej, która by pomogła treści wejść jak lekkie ukłucie, a na zawsze otruła umysły przeciwników.
Rzekł wreszcie, pasując się ze sobą, żeby ani jeden dreszcz muskułu nie zdradzał wzruszenia:
- Co to panowie robią tutaj? Czy można zapytać?
- Jak kolega widzi rzekł dyrektor, troszkę blady.
- Tak, widzieć widzę, ale wyznaję, że nie rozumiem.
- Wozić teraz nie można, więc Krzywosąd wymywa staw wodą.
- A... wymywa staw...
Dyrektor umilkł. Po chwili zapytał tonem zimnym i zdradzającym gniew:
- Panu się to nie podoba?
- Mnie? Owszem. Dlaczegóż miałoby mi się nie podobać? Jako motyw do rodzinnego pejzażu...
- Jako motyw do rodzinnego...
- Jest to zasada dobrego gospodarstwa, żeby zużytkować każdy środek na korzyść przedsięwzięcia. Skoro mam... - mówił Krzywosąd.
Judym, z ostentacją nie słuchając tego, co mówił admilnistrator, powtórzył z naciskiem, zwrócony tylko do dyrektora:
- Jako motyw do rodzinnego pejzażu. Przekonałem się, że to, co częstokroć zowiemy rolą zakładu w historii okolicy, przypisywanie mu jakiegoś społecznego czy higienicznego znaczenia, jest tylko rodzimą blagą, efektem, reklamą, obliczoną na głupotę histeryczek. Dla mnie tedy jest to widok taki sam jak każdy inny.
- Nie lubię tych pańskich lekcji! Jestem człowiek stary...
- A ja jestem człowiek młody, który starcem w danej chwili żadną miarą być nie może.
- Mój łaskawy panie!
- Jestem lekarz! Uważam za rzecz ze stanowiskiem lekarza niezgodną to, co pan dyrektor pozwala czynić swemu totumfackiemu.
- Mój dobrodzieju! - mruknął groźnie Krzywosąd - rachuj no się, z łaski swej, ze słowami! Także! Totumfacki... Nec sutor ultra crepidnm.
- No, no! daj no pokój z twoją tam łaciną...- krzyknął dyrektor. - Ja ci tu dam łacinę!
Zwracając się zaś po chwili do Judyma, mówił z cicha, ale dobitnie:
- Pańskie admonicje nie wywrą tutaj żadnego wpływu ani na mnie, ani na nikogo.
- Wiem o tym dobrze. Ja...
- Jeżeli pan wiesz o tym dobrze, to nie rozumiem, po co się mięszasz w nie swoje rzeczy. To do pana, kochany panie, wcale nie należy.
- Czy kwestie higieny należą do pań
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|