Ludzie Bezdomni (Stefan Żeromski) - Tom Drugi "O świcie" strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Ludzie Bezdomni - Stefan Żeromski / Tom Drugi "O świcie"
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
bagnie, a nawet furman i figura zajmująca siedzenie - dźwigali ślady
długotrwałej podróży.
Judym wpatrzył się pilnie w rysy damy siedzącej na bryczce i poznał "osobę" z pałacu, pannę Joannę.
Miała na sobie francuski jasnozielony płaszczyk z kapiszonem. Ten kapiszon wciągnęła na głowę dla ochrony jej przed deszczem. Zdawała się drzemać.
Doktor żywo zaciekawiony, skąd może wracać panna Podborska o tej godzinie i drogą nie prowadzącą w stronę świata, półwiedząc, w jakim celu to czyni, wstał ze swego pniaka i szedł brzegiem gościńca naprzeciwko wolanta. Gdy był od niego w odległości kilku kroków, panna Joanna dźwignęła głowę i spostrzegła go. Na twarzy jej odmalował się wyraz pomięszania, a nawet jakby przestrachu. W pierwszej chwili pociągnęła kaptur na oczy, później odwróciła głowę... Doktor pozdrowił ją ukłonem i z pytającym uśmiechem na ustach stanął przy bryczce.
- Cóż to za eskapada, panno Joanno? Skąd pani wraca?
- Jak pan widzi... Z podróży
- Widzę, widzę nawet, że podróż musiała być daleka:
Furmań zatrzymał konie Przez chwilę panna Joanna skubała w zakłopotaniu brzeg okrywki. Na jej "niemożliwie", jak mówiono, prawdomównej twarzy malowało się usiłowanie zatajenia czegoś. Rumieniec rozpalał się na policzkach. Rzekła cicho:
- Jeździłam do spowiedzi... do Woli Zameckiej
- Aż do Woli? I dlaczegóż nocą? Niechże pani drugi raz tego nie robi. Któż widział?... Deszcz pada, chłód w nocy, pani cała zmoknięta. Proszę mi darować, że wchodzę nieproszony ze swą interwencją, ale jako lekarz uważam sobie za obowiązek zrobić tę uwagę.
Tymczasem robił ją z pobudek bynajmniej nie lekarskich. Serce mu biło w piersiach. Ta twarz ze spuszczonymi oczami w głębi zielonego kaptura, przepyszne, rozrzucone włosy, wysuwające się na czoło a szczególnie oczy, oczy i płomień rumieńca... Było to jakby urok dziwnego lasu, jakby się łączyło ze słońcem, które zza mgieł wypływało nad cichą, senną leśną głuszą. Judym stał bezradnie przy stopniach bryczki i zmrużonymi oczyma wpatrywał się w płochliwe rysy.
- E proszę łaski panienki, cóż ta ukrywać przed panem, przed doktorem... - rzekł znienacka furman odwracając się bokiem. - My nie do spowiedzi, proszę pana doktora, jeździli z panienką.
- Felek! - krzyknęła panna Podborska.
- Jeżeli sobie pani nie życzy... - rzekł Judym uchylając kapelusza. - Nie chciałbym zrobić najmniejszej przykrości.
- No, przecie się ta rzecz nie ukryje, choćby my na głowie stanęli. Już i talk ludzie mielą jęzorami... prawił Felek.
- Cóż takiego?
- My jeździli, proszę pana doktora, szukać jaśnié panienki, panny Natalii.
- Jak to szukać? - szepnął Judym ze zdumieniem. - Jak to szukać?
Zamiast odpowiedzi panna Joanna zerwała się szybko i wysiadła z bryczki. Twarz jej była udręczona. Całe ciało trzęsło się jak w febrze. Dała Judymowi znać oczyma, że chce mu całą prawdę powiedzieć, ale nie wobec furmana. Odeszli kilka kroków drogą w górę. Felek zrozumiał swą rolę i wstrząsnął z lekka lejcami. Konie ruszyły i noga za nogą, wolniuteńko zstępowały ze wzgórza. Stukanie kół bryczki o korzenie sosen i świerków przerzynających drogę zagłuszało rozmowę.
- Natalka - mówiła panna Joanna - odjechała z domu bez wiedzy babki.
- Czy sama?
- Nie.
- Z panem Karbowskim?
- Tak... z panem, z panem... Karbowskim. Mówiła otulając się zarzutką, jakby ją przejmowało dręczące zimno.
- Biedna babunia... Tak strasznie nad tym cierpi.
Poszła zaraz na grób pana Januarego i leżała w kaplicy krzyżem. Nie wiedzieliśmy... nie wiedzieliśmy, gdzie jest. Taki popłoch!
- No, a skądże wiadomo?
- Pan Worszewicz powziął skądś wiadomość jeszcze wczor
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|