Pan Wołodyjowski (Henryk Sienkiewicz) - Rozdział VIII strona nr 3
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz / Rozdział VIII
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
ez końca, w których konny żołnierz ptakiem się więcej niż człowiekiem czuje.
- Ano pojadę - mówił sobie - do tych pól niezmiernych, do stanic i mogił, starego życia na nowo skosztować, z żołnierzami pochody odprawiać, granicy po żurawiemu strzec, z wiosną w trawach buszować, ano pojadę, pojadę !
Tymczasem rozpuścił konia i jechał skokiem, bo już zatęsknił za pędem i za świstem wiatru w uszach. Dzień był pogodny, suchy, mroźny. nieg zmarzły pokrywał ziemię i skrzypiał pod nogami bachmata. Zbite grudki wylatywały z impetem spod kopyt. Pan Wołodyjowski leciał tak, że pachołek, na gorszym koniu siedzący, daleko pozostał za nim.
Miało się ku zachodowi; zorze świeciły na niebie, rzucając na śnieżne przestrzenie fioletowy odblask. Na rumiane niebo weszły pierwsze gwiazdy migotliwe i księżyc się podnosił w kształcie srebrnego sierpa. Droga była pusta, ledwie gdzieniegdzie wymijał rycerz jakąś furę i leciał ciągle; dopiero ujrzawszy w dali dwór Ketlingowy, powstrzymał konia i pozwolił się dopędzić pachołkowi.
Nagle ujrzał przed sobą idącą naprzeciw jakąś wysmukłą postać. Była to Krzysia Drohojowska. Pan Michał poznawszy ją zeskoczył natychmiast z konia i oddał go pachołkowi, sam zaś podbiegł ku niej, nieco zdziwiony, ale bardziej jeszcze uradowany jej widokiem.
- Żołnierze mówią - rzekł - że o zorzy można różne nadprzyrodzone persony spotkać, które czasem złą, a czasem dobrą wróżbę znaczą; ale już dla mnie lepszej nad spotkanie waćpanny wróżby być nie może.
- Pan Nowowiejski przyjechał - odpowiedziała Krzysia - z Basią i panią stolnikową się zabawia, ja zaś wyszłam umyślnie naprzeciw waćpana, bom była niespokojna o to, co pan hetman miał waćpanu powiedzieć.
Szczerość tych słów niezmiernie ujęła małego rycerza za serce.
- Zali naprawdę waćpanna tak się o mnie troszczysz? - pytał podnosząc na nią oczy.
- Tak! - odrzekła niskim głosem Krzysia.
Wołodyjowski oczu z niej nie spuszczał, bo nigdy dotąd nie wydawała mu się tak piękną. Na głowie miała kapturek atłasowy, a biały puszek łabędzi otaczał jej drobną, bladawą twarz, na którą padał blask miesiąca i rozświecał łagodnie te szlachetne brwi, oczy spuszczone, długie rzęsy i ów ciemny, ledwie dostrzegalny puszek nad ustami. Spokój jakiś był w jej twarzy i dobroć wielka.
Poczuł pan Michał w tej chwili, że to jest przyjacielskie, kochane oblicze. Więc rzekł:
- Żeby nie pachołek, który za nami jedzie, to bym na tym śniegu do nóg waćpannie z wdzięczności upadł.
A ona:
- Waćpan takich rzeczy nie mów, bom ich niegodna, a w nagrodę powiedz, że ostajesz przy nas i że cię będę mogła dłużej pocieszać!
- Nie zostaję! - odrzekł pan Wołodyjowski.
Krzysia zatrzymała się nagle:
- Nie może być?
- Zwyczajna żołnierska służba! Na Ruś jadę, ku Dzikim Polom...
- Zwyczajna służba... - powtórzyła Krzysia.
I umilkłszy poczęła iść spiesznie ku domowi. Pan Michał dreptał przy niej nieco zmieszany. Jakoś mu było trochę i ciężko na duszy, i głupio. Chciał coś mówić, chciał na nowo podjąć rozmowę - nie szło. A jednak zdawało mu się, że ma do powiedzenia Krzysi tysiac rzeczy i że właśnie teraz pora po temu, póki są sami i nikt im nie przeszkadza.
"Byle zacząć! - pomyślał sobie - to dalej pójdzie..."
Więc nagle spytał:
- A pan Nowowiejski dawno przyjechał?
- Niedawno - odrzekła Drohojowska.
I znów rozmowa się urwała.
"Nie tędy droga - pomyślał Wołodyjowski. - Jak tak będę zaczynał, to nigdy nic nie powiem. Ale widzę, że mi resztę dowcipu żałość wyjadła." I przez jakiś czas dreptał w milczeniu, wąsikami tylko coraz mocniej ruszając.
&
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|