Pan Wołodyjowski (Henryk Sienkiewicz) - Rozdział VI strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz / Rozdział VI
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
siostro... - powtórzył pan Wołodyjowski.
- A ty gdzie mieszkasz, Michale? Musisz mi pomóc w wyszukaniu gospody, boś w Warszawie bywały...
- Gospodę mam gotową - przerwał pan Michał - i tak zacną, że senatorski dwór mógłby w niej stanąć. Mieszkam u mego przyjaciela, kapitana Ketlinga, i zaraz cię tam zabiorę...
- Ale pamiętaj, że to nas trzy i dwie sług, i czterech czeladzi. Toż na Boga! Ja cię dotąd z kompanią nie poznajomiłam!
Tu zwróciła się do towarzyszek:
- Waćpanny wiedzą, kto on, ale on nie wie, kto waćpanny; uczyńcie choć i po ciemku znajomość. Nawet nam w piecu dotąd nie zapalono... To jest panna Krystyna Drohojowska, a ówta, panna Barbara Jeziorkowska. Mąż mój jest opiekunem ich i ich majętności, a one z nami mieszkają, bo sieroty. Samotnie zaś mieszkać tak młodym pannom nie wypada.
Przez czas, gdy stolnikowa mówiła, Wołodyjowski skłonił się żołnierskim obyczajem; panny chwyciwszy palcami za suknie dygnęły obie, przy tym panna Jeziorkowska rzuciła głową jak młody źrebak.
- Siadajmy i jedźmy! - rzekł. - Mieszka ze mną pan Zagłoba, którego prosiłem, aby wieczerzę przygotować kazał.
- Ten sławny pan Zagłoba? - spytała nagle panna Jeziorkowska.
- Baśka, cicho! - rzekła pani stolnikowa. - Boję się tylko, czy kłopotu nie będzie
- Już jak tam pan Zagłoba o wieczerzy myśli - odparł mały rycerz - to starczy, choćby nas dwa razy tyle przyjechało. Każcie waćpanny łuby wynosić. Wziąłem też i wózek pod rzeczy, a karabon Ketlingowy tak obszerny, że we czworo wygodnie się pomieścić możemy. Ot, co mi przychodzi do głowy: jeśli pachołkowie nie pijacy, niech tu do jutra z końmi i wielkimi rzeczami zostają, a my weźmiem jeno co najpotrzebniejsze.
- Nie mają potrzeby zostawać - rzecze pani stolnikowa - bo wozy jeszcze nie wyładowane, tylko konie wprzęgnać i mogą zaraz jechać. Baśka, idź, przypilnuj !
Panna Jeziorkowska skoczyła do sieni, a w kilka pacierzy później wróciła z oznajmieniem, że wszystko gotowe.
- To i czas! - rzekł Wołodyjowski.
Po chwili siedzieli w karabonie i jechali do Mokotowa. Pani stolnikowa z panną Drohojowską zajęły tylne siedzenie, na przodku zaś usadowił się mały rycerz koło panny Jeziorkowskiej. Ciemno już było, więc twarzom ich nie mógł się przyjrzeć.
- Waćpanny znają Warszawę? - spytał pochyliwszy się do panny Drohojowskiej i podnosząc głos, aby turkot karabonu zagłuszyć.
- Nie - odrzekła niskim, ale dźwięcznym i miłym głosem. - Parafianki z nas prawdziwe i dotąd nie znamy ni sławnych miast, ni sławnych ludzi. To rzekłszy skłoniła nieco głowę, jakby dając znać, że do tych ostatnich pana Wołodyjowskiego zalicza, on zaś przyjął wdzięcznie odpowiedź. "Polityczna jakaś dziewczyna" - pomyślał i zaraz zaczął łamać głowę, jakim by w zamian ruszyć komplementem.
- Choćby to miasto było i dziesięć razy większe, niż jest - rzekł wreszcie - jeszcze byście waćpanny najcelniejszy jego mogły stanowić ornament.
- A waćpan skąd wiesz, kiedy ciemno? - spytała nagle panna Jeziorkowska.
"Ot! koza !" - pomyślał pan Wołodyjowski.
Ale nie odrzekł nic i przez czas jakiś jechali w milczeniu; wtem znów panna Jeziorkowska zwróciła się do małego rycerza:
- Nie wiesz waćpan, czy tam w stajniach dość miejsca, bo to my mamy dziesięć koni i dwa podjezdki?
- Choćby i trzydzieści; znajdzie się gdzie pomieścić.
A panna na to:
- Fiu! fiu!
- Baśka! - rzekła tonem perswazji pani stolnikowa.
- Aha! dobrze! Baśka! Baśka! A na czyjej głowie były konie przez całą drogę?
W ten sposób rozmawiając zajechali przed dom Ketlingowy. Wszystkie okna jasno już były oświecone na przyjęcie pani stolnikowej. Wybiegła służba z panem Zagłobą na czele, który przyskoczywszy do wasągu i ujrza
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|