Pan Wołodyjowski (Henryk Sienkiewicz) - Epilog strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz / Epilog
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
Ogień turecki począł z wolna słabnąć.
- Koniec będzie! - krzyknął z całych sił Wołodyjowski w ucho Ketlinga, chcąc, ażeby go ten wśród huku dosłyszał.
- I ja tak myślę! - odrzekł Ketling. - Do jutra czy na dłużej?
- Może na dłużej. Dziś przy nas wiktoria!
- I przez nas.
- O tej nowej minie musim pomyśleć.
Ogień turecki osłabł jeszcze bardziej.
- Bijmy dalej z dział! - zawołał Wołodyjowski.
I skoczył między kanonierów.
- Ognia, chłopcy! - krzyknął - póki ostatnie działo tureckie grać nie ustanie! Na chwałę Bogu i Przenajświętszej Pannie! na chwałę Rzeczypospolitej ! Ognia ! Żołnierze zaś widząc, że i ten szturm ma się już ku końcowi, ozwali się gromkim, radosnym okrzykiem i z tym większym zapałem poczęli walić ku szańcom tureckim. - "Kindię" wam wieczorną, psubraty, zagramy, "kindię" - wołały liczne głosy.
Nagle stało się coś dziwnego. Oto wszystkie działa tureckie zamilkły od razu, jakby kto nożem uciął. Zamilkł również grzechot janczarek w nowym zamku. Stary zamek grzmiał jeszcze czas jakiś, lecz w końcu poczęli oficerowie spoglądać po sobie i pytać się wzajemnie:
- Co to jest? co się stało?
Ketling, zaniepokojony nieco, powstrzymał również strzelaninę.
Jeden z oficerów ozwał się wówczas głośno:
- Chyba mina jest pod nami, którą zaraz podpalą!...
Wołodyjowski przeszył mówiącego groźnym wzrokiem.
- Mina niegotowa, a choćby była gotowa, wyleci od niej tylko lewa ściana zamku - i z gruzów będziem się bronili, póki tchu w nozdrzach- rozumiesz waść?
Po czym nastała cisza. Nie zmącił jej ani jeden wystrzał, ni z miasta, ni z szańców. Po huku i grzmotach, od których trzęsły się mury i ziemia, było w tej ciszy coś uroczystego, ale zarazem i złowrogiego. Oczy wszystkich wytężały się ku szańcom, lecz zza chmury dymu nie było nic widać. Nagle rozległy się od lewej strony miarowe uderzenia kilofów.
- Mówiłem, że minę kują dopiero! - ozwał się Wołodyjowski.
Tu zwrócił się do Luśni:
- Wachmistrz! weźmiesz dwudziestu ludzi i wyjrzysz mi na nowy zamek.
Luśnia prędko spełnił rozkaz, wziął dwudziestu ludzi, a po chwili zniknął z nimi za wyłomem
Nastało znów milczenie, przerywane tylko odzywającym się tu i owdzie chrapaniem lub czkawką konających, a także odgłosem kilofów.
Czekano dość długo, wreszcie wachmistrz zjawił się z powrotem.
- Panie komendancie - rzekł - w nowym zamku nie ma żywej duszy.
Wołodyjowski spojrzał ze zdziwieniem na Ketlinga:
- Czyby od oblężenia już odstąpili czy co? Przez dymy nic nie można dojrzeć!
Lecz dymy, zwiewane powiewem, rzedły i wreszcie opona ich przerwała się nad miastem.
W tej samej chwili jakiś głos okropny i przerażony począł krzyczeć z baszty:
- Nad bramami białe chorągwie! Poddajem się!
Usłyszawszy to żołnierze, oficerowie zwrócili się ku miastu. Straszliwe zdumienie odbiło się na twarzach, słowa zamarły wszystkim na ustach i przez smugi dymu patrzyli ku miastu.
A w mieście, na bramie Ruskiej i Lackiej, powiewały istotnie białe chorągwie, dalej widać było jeszcze jedną na baszcie Batorego.
Wówczas twarz małego rycerza stała się tak białą jak te chorągwie kolebiące się na wietrze.
- Ketling, widzisz? - szepnął zwracając się do przyjaciela:
Ketlingowi także twarz pobladła.
- Widzę - rzekł.
I czas jakiś patrzyli sobie w oczy mówiąc nimi wszystko, co mogli powiedzieć tacy dwaj żołnierze bez plamy i bojaźni, którzy nigdy w życiu nie zła
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|