Pan Wołodyjowski (Henryk Sienkiewicz) - Rozdział LV strona nr 3
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz / Rozdział LV
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
ielki niepokój pojawił się w twarzy generała; podniósł ręce i skronie dłońmi przycisnął. Widząc to Wołodyjowski rzekł:
- Zwyczajna to rzecz w każdym oblężeniu. Pod Zbarażem ryli pod nami dzień i noc. Pan jenerał podniósł głowę.
- Co Wiśniowiecki na to robił?
- Przenosiliśmy się z obszerniejszych wałów w coraz ciaśniejsze.
- A nam co czynić przystoi?
- Nam należy działa, a z nimi co można zabrać i do starego zamku się przenieść, bo stary na takich skałach fundowan, że i minami ich nie rozsadzą. Zawszem tak mniemał, że nowy posłuży tylko na to, żeby dać pierwszy wstręt nieprzyjacielowi, potem trzeba nam go będzie samym od czoła prochami wysadzić i prawdziwa obrona pocznie się dopiero w starym.
Nastała chwila milczenia i jenerał pochylił znów stroskaną głowę.
- A jeśli nam i ze starego zamku przyjdzie ustąpić? Gdzie ustąpimy?- pytał złamanym głosem.
Na to wyprostował się mały rycerz, ruszył wąsikami i ukazał palcem na ziemię.
- Ja jeno tam ! - rzekł.
W tej chwili działa zaryczały na nowo i całe stada granatów poczęły lecieć na zamek, ale że już mrok był na świecie, więc było je widać doskonale. Pan Wołodyjowski, pożegnawszy się z generałem, poszedł wzdłuż murów i przechodząc od jednej baterii do drugiej, wszędy zachęcał, rady dawał, wreszcie spotkawszy się z Ketlingiem rzekł:
- A co?
Ów uśmiechnął się słodko.
- Widno od granatów jak w dzień - rzekł ściskając rękę małego rycerza- nie żałują nam ognia!
- Działo im znaczne pękło. Tyś wysadził?
- Ja.
- Spać mi się chce okrutnie.
- I mnie, ale nie czas.
- Ba - rzekł Wołodyjowski - i żoniska muszą być niespokojne; na tę myśl sen odbiega.
- Modlą się za nas - rzekł Ketling wznosząc oczy ku lecącym granatom.
- Dajże Bóg zdrowie mojej i twojej!
- Między ziemiankami - począł Ketling - nie ma...
Lecz nie dokończył, bo mały rycerz, zwróciwszy się w tej chwili ku wnętrzu zamku, krzyknął nagle wielkim głosem:
- Dla Boga! rety! co ja widzę!
I skoczył przed siebie. Ketling obejrzał się ze zdziwieniem: o kilkanaście kroków na podworcu zamkowym ujrzał Baśkę w kompanii pana Zagłoby i Żmudzina Piętki.
- Pod mur! pod mur! - krzyczał mały rycerz ciągnąc ich co prędzej pod przykrycie blankowe. - Dla Boga!...
- Ha! - mówił przerywanym głosem, sapiąc, pan Zagłoba -daj tu sobie z taką rady! Proszę, perswaduję: "Zgubisz siebie i mnie!" - klękam, nic!
Miałem ją samą puścić, co?... Uf! nic nie pomaga! nic nie pomaga! "Pójdę i pójdę!" Masz ją!
Basia miała przestrach w twarzy i brwi jej drgały jak do płaczu. Ale nie granatów się bała, nie grzmotu kul, nie rozpryśniętych kamieni, tylko gniewu męża. Więc ręce złożyła jak dziecko obawiające się kary i poczęła wołać łkającym głosem :
- Nie mogłam, Michałku! jak ciebie kocham, nie mogłam! Mój Michałku, nie gniewaj się! Ja nie mogę tam siedzieć, kiedy ty tu gorzejesz, nie mogę, nie mogę!... On zaczął się w istocie gniewać, już zakrzyknął: "Baśka, Boga się nie boisz!" - lecz nagle porwało go rozczulenie, głos mu uwiązł w gardle i dopiero gdy ta najdroższa jasna głowa spoczęła na jego piersiach, ozwał się:
- Mój ty przyjacielu wierny do śmierci, mój ty!...
I objął ją rękoma.
A tymczasem Zagłoba, wcisnąwszy się w załamanie muru, mówił pospiesznie do Ketlinga:
- I twoja chciała iść, jenośmy ją zwiedli, że nie idziemy. Jakże! w takowym stanie... jenerał artylerii ci się urodzi, szelmą jestem, jeśli nie jenerał... Ha! na most od miasta do zamku padają granaty jak gruszki... Myślałem, że się rozpuknę... ze złości, nie ze strachu... Przewróciłem się na ostre czerepy i podarłem sobie tak skórę, że przez tydzie
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|