Pan Wołodyjowski (Henryk Sienkiewicz) - Rozdział XXXVIII strona nr 2

skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki

Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line.
Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.


UWAGA: SUPER STRESZCZENIA

Szkolne lektury / Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz / Rozdział XXXVIII

::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::


poprzednia strona

Azja gotów na wszystko, tego się boję! - rzekła.


      A Baśka, zwróciwszy głowę, popatrzyła na nią bystrzej i nagle wybuchła wym dźwięcznym, dziecinnym śmiechem.


- Tak ty się tego boisz jako właśnie mysz słoninki! O! znają cię! Ewka, zarumieniona od chłodnego powietrza, zarumieniła się jeszcze bardziej i odrzekła:


- Przekleństwa ojcowskiego bym się bała, a wiem, że Azja gotów na nic nie zważać.


- Bądź dobrej myśli - rzekła jej na to Basia. - Prócz mnie masz brata do pomocy. Prawdziwe amory zawsze postawią na swoim. Powiedział mi to pan Zagłoba wtedy jeszcze, kiedy Michałowi ani się śniło o mnie. I rozgadawszy się poczęły na wyścigi mówić, jedna o Azji, druga o swoim ichale. Tak upłynęło parę godzin, póki karawna nie zatrzymała się na pierwszy krótki popas w Jaryszowie. Z miasteczka, zawsze dość nędznego, została po inkursji chłopskiej jedna tylko karczma, którą odrestaurowano od czasu, jak częste przechody żołnierskie zysk poczęły obiecywać pewny. Basia i Ewka znalazły w niej przejezdnego kupca ormiańskiego, rodem


      z Mohilowa, któren wiózł safiany do Kamieńca. Azja chciał go wyrzucić na dwór wraz z Wołochami i Tatarami, którzy mu towarzyszyli, lecz niewiasty pozwoliły mu pozostać i tylko sama straż musiała się usunąć. Kupiec dowiedziawszy się, że podróżna pani jest panią Wołodyjowską, począł bić jej czołem i pod niebiosa męża jej wysławiać, czego słuchała z radością wielką.


      Na koniec poszedł do wiuków i wróciwszy ofiarował jej czuhub osobliwszych bakalii i małe puzderko pełne wonnej driakwi tureckiej, wielce przeciw różnym chorobom pomocnej.


- To ja przez wdzięczność składam - mówił. - Już my tu wcale przedtem z Mohilowa nie śmieli głowy wychylić, tak Azba-bej grasował i tylu zbójów we wszystkich jarach i po tamtej stronie w odojach siedziało, a teraz droga bezpieczna i targ bezpieczny. Teraz my znowu jeździm. Niech Bóg pomnoży dni chreptiowskiego komendanta, a każdy dzień uczyni tak długim, aby wystarczył na drogę z Mohilowa do Kamieńca, a każdą godzinę dnia niech także tak przydłuży, by się dniem wydawała. Nasz komendant, pan pisarz polny, woli w Warszawie siedzieć, a pan komendant chreptiowski sam czuwał i zbójów wymiótł tak, iż teraz milsza im śmierć od Dniestru.


- To pana Rzewuskiego nie ma w Mohilowie? - pytała Basia.


- On tylko wojsko przyprowadził i nie wiem, czyli trzy dni sam bawił. Niech wasza wielmożność pozwoli, tu jest suchy winograd w tym czuhubie, a z tego brzegu takowy owoc, którego i w Turcji nie ma, jeno z Azji z daleka przychodzi, a tam na palmach rośnie... Pana pisarza nie ma, a teraz i jazdy wcale nie ma, bo ku Bracławiu wczoraj nagle poszła... I tu są daktyle, aby obum waszym wielmożnościom były na zdrowie... Został tylko pan Gorzeński z piechotą, a jazda wszystka wyszła...


- Dziwno mi to, że jazda wszystka wyszła - rzekła Basia spoglądając pytającym wzrokiem na Azję.


- Poszła, by się konie nie odstały - odpowiedział Tuhaj-bejowicz - teraz spokojnie!


- W mieście mówili, że Dorosz się ruszył niespodzianie - rzekł kupiec.


      Azja roześmiał się.


- A czym będzie konie pasł, śniegiem? - rzekł do Basi.


- Pan Gorzeński najlepiej wasze wielmożności objaśni - dodał kupiec.


- Ja też myślę, że to nic - odrzekła po chwili namysłu Basia - bo żeby co było, to by mój mąż najpierwszy wiedział.


- Nieodmiennie w Chreptiowie najpierw byłaby wiadomość - rzekł Azja - niech się wasza miłość nie boi.


      Basia podniosła swą jasną twarz ku Tatarowi i poruszyła nozdrzami.


- Ja się boję! To wyborne ! Co waćpanu w głowie? Słyszysz, Ewka, ja mam się bać!


      Ewka nie od razu mogła odpowiedzieć, bo będąc z natury dość łakomą i lubiąc nad miarę słodycze usta miała pełne daktylów, co zresztą nie przeszkadzało jej wpatrywać się chciwie w Azję, więc dopiero przełknąwszy j

następna strona



::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::




Centrum ogrodowe




Archiwum lektur szkolnych istnieje od sierpnia 2005, mapa serwisu Polityka prywatności
Autor skryptów: Przemysław Krajniak, Skrypty PHP