Pan Wołodyjowski (Henryk Sienkiewicz) - Rozdział XXXVII strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz / Rozdział XXXVII
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
Ewki miłości. Nie żyć mu bez tej dziewki ! Miłował ją przez całe lata rozłąki, chociaż bez jakiejkolwiek nadziei, i miłować jej nigdy nie przestanie. Ale między nim a starym panem Nowowiejskim jest dawna nienawiść i dawny stosunek sługi i pana rozdziela ich jakoby jarem szerokim. "Pani" jedna mogłaby ich zładzić, a jeśli i tego uczynić nie zdoła, zasłoni przynajmniej drogą dziewkę przed ojcowskim tyraństwem, przed zamknięciem i kańczugiem. Wołodyjowski wolałby był może, żeby Baśka nie wdawała się w tę sprawę, ale że sam lubił ludziom dobrze czynić, więc się i sercu żony nie dziwił. Wszelako nie odpowiedział jeszcze Azji zgodą, oparł się nawet nowym łzom Ewki, tylko w kancelarii się zamykał i rozmyślał. Aż wreszcie pewnego dnia wyszedł na wieczerzę z pogodną twarzą i po wieczerzy spytał nagle Tuhaj-bejowicza:
- Azja, a kiedy ci termin ruszać?
- Za tydzień, wasza wielmożność! - odrzekł niespokojnie Tatar. - Halim musiał już tam pokończyć układy z Kryczyńskim.
- Każże i wielkie sanie wymościć, bo dwie białogłowy powieziesz do Raszkowa.
Usłyszawszy to Basia poczęła w ręce klaskać i obces do męża. Za nią skoczyła Ewka; za nią schylił się do jego kolan z szalonym wybuchem radości i Azja, aż mały rycerz musiał im się opędzać.
- Dajcie spokój! - mówił - cóż znowu! Jak można ludziom pomóc, to i ciężko nie pomóc, chybaby kto całkiem był zatwardziały; ja zaś przecie nie żaden tirannus. Ty oto, Baśka, wracaj, kochanie, prędko, a ty, Azja, opiekuj się nią szczerze, tym mi najlepiej podziękujecie. No, no! dajcie spokój!
Tu począł wąsikami mocno ruszać, po czym rzekł już weselej dla dodania sobie fantazji:
- Najgorsze te babskie śluzy. Jak jeno śluzy obaczę, zaraz nic po mnie! A ty, Azja, masz dziękować nie tylko mnie i mojej żonie, ale i tej oto panience, która tu za mną jako cień chodziła, żałość swoją ciągle przed moje oczy wystawując. Musisz jej za takowy afekt zapłacić!
- Zapłacę, zapłacę! -odrzekł dziwnym głosem Tuhaj-bejowicz i porwawszy ręce Ewki, począł je całować tak gwałtownie, iż można by myśleć, że je chciał raczej pokąsać.
- Michale! - zawołał nagle Zagłoba ukazując na Basię. - Co my tu będziem robić bez tego kociaka?
- Ano, ciężko będzie! - odrzekł mały rycerz - dalibóg, ciężko!
Po czym dodał ciszej:
- Ale może Pan Bóg dobry uczynek później pobłogosławi... rozumiesz waść?...
Tymczasem "kociak" wsunął między nich swą ciekawą, jasną główkę.
- Co powiadacie?...
- I... nic! - odrzekł Zagłoba - mówimy, że na wiosnę bociany pewnie przylecą...
Baśka poczęła się ocierać twarzyczką o twarz męża, jak kot prawdziwy.
- Michałku! ja tam nie będę długo siedziała - rzekła z cicha.
I po tej rozmowie zaczęły się znów narady kilka dni trwające, ale już nad podróżą.
Pan Michał sam wszystkiego doglądał, sanie kazał ładzić przy sobie i wymościć je skórami uszczwanych jesienią liszek. Pan Zagłoba tuzłuczki własne znosił, by było czym w drodze nogi przykryć. Miały pójść wozy z pościelą i żywnością; miał pójść i dzianecik Basi, aby w miejscach zatoczystych i niebezpiecznych mogła się na niego z sani przesiąść, bo szczególniej bał się pan Michał zjazdu do Mohilowa, do którego się istotnie na złamanie karku zjeżdżało.
Jakkolwiek nie było najmniejszego prawdopodobieństwa jakiegoś napadu, przykazał mały rycerz Azji wszelkie ostrożności zachować, kilkunastu ludzi na parę stai naprzód zawsze wysyłać i na noclegi nie stawać nigdzie po drodze, jeno tam, gdzie są komendy; wyjeżdżać skoro świt, stawać przed nocą, a w drodze nie marudzić. Tak dalece o wszystkim myślał mały rycerz, że własną ręką nabił króciczki do olster przy Basinej kulbace.
Nadeszła na koniec chwila wyjazdu. Jeszcze ciemno było, gdy dwieście
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|