Pan Wołodyjowski (Henryk Sienkiewicz) - Rozdział XIV strona nr 3
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz / Rozdział XIV
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
yło nad obcym się zlitować, a cóż dopiero nad nim, nad kochanym, nad najmilszym!
Boże mu błogosław, Boże go pociesz!
- Gdyby nie twoja płochość, mógł w radości odejść ten najmilszy- powtarzała zgryzota - i tyś mu mogła w ramiona pójść jako wybrana, jako żona...
- I wiecznie z nim być! - dodawał żal
A zgryzota :
- Twoja wina!
A żal :
- Krzysiu, płacz !
Więc znów zgryzota :
- Tym winy nie zmażesz!
Więc znów żal :
- Uczyń, co chcesz, a pociesz go.
- Wołodyjowski go zabije! - odpowiedziała natychmiast zgryzota.
Zimny pot oblał Krzysię i siadła na łóżku. Mocne światło księżyca wpadało do izby, która w tych białych blaskach wydawała się jakoś dziwnie i straszno.
"Co to jest? - myślała Krzysia - oto tam Basia śpi, widzę ją, bo miesiąc jej w twarz świeci, a ani wiem, kiedy przyszła, kiedy się rozebrała i położyła. Nie spałam przecież ani chwili, ale widać, że moja biedna głowa już na nic..."
Tak rozmyślając położyła się znowu, lecz wnet żal i zgryzota zasiadły także na krawędzi jej łóżka, zupełnie jakby jakieś dwie boginki, które wedle woli zanurzały się w blasku księżycowym lub też wypływały z tej srebrnej topieli na powrót.
- Nie będę dziś wcale spała ! - rzekła sobie Krzysia.
I poczęła rozmyślać o Ketlingu, a przy tym cierpieć coraz bardziej.
Nagle, wśród ciszy nocnej, ozwał się żałosny głos Basi:
- Krzysiu !
- Nie śpisz?
- Bo mi się przyśniło, że jakowyś Turczyn pana Michała strzałą przeszył.
Jezu Chryste! sen mara! Ale aż mnie febra trzęsie. Zmówmy litanię, by Bóg nieszczęście odwrócił!
Krzysi przeleciała przez głowę błyskawicą myśl: "Bogdaj go kto ustrzelił!" Ale natychmiast przeraziła się własną złością, więc choć trzeba się jej było zdobyć na nadludzką siłę, aby w tej właśnie chwili modlić się o szczęśliwy powrót Wołodyjowskiego, jednak odrzekła:
- Dobrze, Basiu !
Za czym podniosły się obie z łóżek i klęknąwszy nagimi kolankami na zalanej księżycowym światłem podłodze, poczęły odmawiać litanię. Głosy ich odpowiadały sobie wzajemnie, to podnosząc się, to zniżając; rzekłbyś: izba zmieniła się w celę klasztorną, w której dwie białe mniszeczki odprawiają nocne modlitwy.
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|