Ogniem i mieczem (Henryk Sienkiewicz) - Tom Drugi Rozdział XXVII strona nr 2

skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki

Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line.
Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.


UWAGA: SUPER STRESZCZENIA

Szkolne lektury / Ogniem i mieczem - Henryk Sienkiewicz / Tom Drugi Rozdział XXVII

::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::


poprzednia strona

wskim od Muchowieckiego? - pytał pan Michał.


- Cicho! - rzekł Skrzetuski - ktoś tu się z majdanu zbliża.


      Umilkli, wtem jakaś ciemna postać stanęła koło nich i przyciszony głos spytał:


- A czuwacie?


- Czuwamy, mości książę - rzekł prostując się Skrzetuski.


- Pilno dawać baczność. Źle wróży ten spokój.


      I książę przeszedł dalej, patrząc, czy gdzie sen nie przemógł utrudzonych żołnierzy. Pan Longinus ręce złożył.


- Co to za wódz! co to za wojennik!


- Mniej on od nas spoczywa - rzekł Skrzetuski. - Tak całe wały sam co noc obchodzi, aż het, do drugiego stawu.


- Dajże mu Boże zdrowie!


- Amen...


      Nastało milczenie. Wszyscy wpatrywali się wytężonymi oczyma w ciemność, ale nic nie było widać - szańce kozackie były spokojne. Ostatnie światła na nich pogasły.


- Można by ich zejść jak susłów we śnie! - mruknął Wołodyjowski.


- Kto wie? - odrzekł Skrzetuski.


- Sen mnie tak morzy - mówił Zagłoba - że aż mi oczy pod wierzch głowy uciekają, a spać nie wolno. Ciekawym, kiedy będzie wolno? Czy strzelają, czy nie strzelają, ty stój pod bronią i kiwaj się od fatygi, jak Żyd na szabasie. Psia służba! Sam nie wiem, co mnie tak rozbiera: czy gorzałka, czy ranna irytacja za ów impet, któryśmy niesłusznie obaj z księdzem Żabkowskim wytrzymać musieli?


- Jakże to było? - pytał pan Longinus. - Zacząłeś waćpan mówić i nie skończyłeś.


- To teraz opowiem: może się jakoś ze snu wybijemy! Poszliśmy rano z księdzem Żabkowskim na zamek w tej myśli, żeby to co do przegryzienia znaleźć. Chodzimy, chodzimy, zaglądamy wszędzie - nie ma nic, wracamy źli. Aż na podwórzu spotykamy ministra kalwińskiego, któren kapitana Szenberka na śmierć gotował, tego, co go wczoraj postrzelili pod chorągwią pana Firlejową. Ja mu tedy mówię: "Będziesz się tu, szołdro, włóczył i dyzgusta Bogu czynił? - jeszcze niebłogosławieństwo na nas ściągniesz!" A on, widać dufając w protekcję pana bełskiego, rzecze: "Taka dobra nasza wiara, jak i wasza, albo i lepsza!" Jak to powiedział, ażeśmy skamienieli ze zgrozy. Ale ja nic! Myślę sobie: jest ksiądz Żabkowski, niechże będzie dysputa. A mój ksiądz Żabkowski aż parska i zaraz z argumentami: zmacał go pod żebro, on zaś nic na tę pierwszą rację nie odrzekł, bo jak się wziął toczyć, tak aż o ścianę się oparł. Wtem nadszedł książę z księdzem Muchowieckim i na nas: że to hałasy i swary wszczynamy! że to nie czas, nie miejsce i nie argumenta! Zmyli nam głowy jak żakom - a bodaj czy słusznie, bo utinam sim falsus vates, ale te ministry pana Firleja ściągną jeszcze na nas jakie nieszczęście...


- A ówże kapitan Szenberk nie rewokował? - pytał pan Michał.


- Gdzie tam! umarł w bezecności, jak i żył.


- Że też to ludzie wolą się i zbawienia wyrzec jak swego uporu! - westchnął pan Longinus.


- Bóg nas od przemocy i od czarów kozackich broni - mówił dalej


      Zagłoba - a oni Go jeszcze obrażają. Czy waściom wiadomo, że wczoraj z tego tam ot szańca kłębkami nici na majdan strzelano? Żołnierze powiadali, że zaraz w tym miejscu, gdzie kłębki padały, ziemia jakoby trądem się pokryła...


- Wiadoma rzecz, że przy Chmielnickim czarni za rękodajnych służą - rzekł żegnając się Litwin.


- Czarownice sam widziałem - dodał Skrzetuski - i powiem waszmościom...


      Dalsze słowa przerwał pan Wołodyjowski, który ścisnął nagle ramię Skrzetuskiego i szepnął:


- Cicho no!...


      Po czym skoczył nad sam brzeg okopu i słuchał pilnie.


- Nic nie słyszę - rzekł Zagłoba.


- Ts!... deszcz zagłusza! - odpowiedział Skrzetuski.


      Pan Michał począł kiwać ręką, aby mu nie przeszkadzano, i czas jeszcze jakiś słuchał pilno, na koniec zbliżył się do towarzyszów


- Idą - szepnął.


- Daj znać księciu! poszedł ku kwaterom Ostroroga

następna strona



::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::




Centrum ogrodowe




Archiwum lektur szkolnych istnieje od sierpnia 2005, mapa serwisu Polityka prywatności
Autor skryptów: Przemysław Krajniak, Skrypty PHP