Ogniem i mieczem (Henryk Sienkiewicz) - Tom Drugi Rozdział XXV strona nr 3
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Ogniem i mieczem - Henryk Sienkiewicz / Tom Drugi Rozdział XXV
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
ta z Myszykiszek, więcem tam siła figlów napłatał.
- Słuchać hadko! - rzekł pan Longinus spuszczając oczy.
- A waćpan to jako szpak wyuczony; jedno w kółko powtarza. Widać, że boćwinkowie mowy ludzkiej dobrze jeszcze nie umieją.
Dalszy ciąg rozmowy przerwał gwar dochodzący z zewnątrz namiotu - więc rycerze wyszli zobaczyć, co się dzieje. Mnóstwo żołnierzy stało na okopie spoglądając na okolicę, która w ciągu nocy zmieniła się znacznie i jeszcze w oczach się zmieniała. Kozacy również nie próżnowali od czasu ostatniego szturmu, ale sypali szańce, zaciągali na nie działa tak długie i donośne, jakich nie było w polskim obozie, porozpoczynali poprzeczne, wężowato idące fosy, aprosze; z daleka wydawały się te nasypy jak tysiące olbrzymich kretowisk. Cała pochyła równina była nimi pokryta, świeżo skopana ziemia czerniła się wszędzie między zielonością - i wszędy mrowiło się od pracującego ludu. Na pierwszych wałach migotały także krasne czapki mołojców.
Książę stał także na okopie w towarzystwie starosty krasnostawskiego i pana Przyjemskiego. Poniżej kasztelan bełski poglądał przez perspektywę na roboty kozackie i mówił do podczaszego koronnego:
- Nieprzyjaciel rozpoczyna regularne oblężenie. Widzę, że trzeba nam będzie obrony w okopie poniechać i do zamku się przenieść.
Dosłyszał te słowa książę Jeremi i rzekł pochylając się z góry ku kasztelanowi:
- Niechże nas Bóg od tego broni, bo dobrowolnie jakoby w potrzask byśmy leźli. Tu nam żyć albo umierać.
- Takie i moje zdanie, choćbym miał co dzień jednego Burłaja zabijać - wtrącił pan Zagłoba. - Protestuję imieniem całego wojska przeciw zdaniu jaśnie wielmożnego kasztelana bełskiego.
- To do waści nie należy! - rzekł książę.
- Cicho waść! - szepnął Wołodyjowski ciągnąc szlachcica za rękaw.
- Wygnieciemy ich w tych zakrywkach jako krety - mówił Zagłoba - a ja waszą książęcą mość proszę, aby mnie pierwszemu pozwolił iść z wycieczką. Znają oni mnie już dobrze, poznają jeszcze lepiej.
- Z wycieczką?... - rzekł nagle książę i zmarszczył brwi. - Czekaj no waść... noce z wieczora bywają ciemne...
Tu zwrócił się do starosty krasnostawskiego, do pana Przyjemskiego i do regimentarzy.
- Proszę waszmość panów na radę - rzekł.
I zstąpił z okopu, a za nim udała się cała starszyzna
- Na miłość boską, co waćpan czynisz? - mówił Wołodyjowski do Zagłoby - cóż to? służby i dyscypliny nie znasz, że do rozmowy starszych się mieszasz? Książę łaskawy pan, ale w czasie wojny nie ma z nim żartów.
- Nic to, panie Michale! - odrzekł Zagłoba. - Pan Koniecpolski, ojciec, srogi był lew, a na moich radach siła polegał i niech mnie dziś wilcy zjedzą, jeżeli nie dlatego po dwakroć pogromił Gustawa Adolfa. Umiem ja z panami
gadać! Albo i teraz! - zauważyłeś, jak książę obstupuit, gdym mu wycieczkę doradził? Jeżeli Bóg da wiktorię, czyja będzie zasługa - co? - twoja?
W tej chwili zbliżył się Zaćwilichowski.
- A co? Ryją! ryją jak świnie! - rzekł ukazując na pole.
- Wolałbym, żeby to były świnie - odpowiedział Zagłoba - bo kiełbasy by nam tanio wypadły, a ich padło i dla psów się nie przygodzi. Dziś już musieli żołnierze kopać studnie w kwaterach pana Firleja, gdyż we wschodnim stawie od trupów wody nie znać. Nad ranem żółć w psubratach popękała i wszyscy spłynęli. Jak przyjdzie piątek, nie będzie można ryb jeść, bo mięsem karmione.
- Prawda jest - rzecze Zaćwilichowski - starym żołnierz, a tyle trupa dawnom nie widział, chyba pod Chocimiem przy szturmach janczarskich na nasz obóz.
- Zobaczysz go waszmość jeszcze więcej - ja to waszmości mówię!
- Myślę, że dziś wieczorem albo jeszcze i przed wieczorem znowu do szturmu ruszą.
- A ja powiadam, że do jutra zostawią nas w spokoju.
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|