Ogniem i mieczem (Henryk Sienkiewicz) - Tom Drugi Rozdział XIV strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Ogniem i mieczem - Henryk Sienkiewicz / Tom Drugi Rozdział XIV
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
r>
- Bo co się odezwie, to tak jakby twój koń ogonem ruszył; a ciągnie każde słowo jak szewc skórę. Wszystko u niego w siłę poszło, nie w głowę. Jak kogo weźmie w ramiona, to mu żebra przez skórę powyciska, nie masz zaś takowego dziecka w Rzeczypospolitej, które by go najsnadniej na hak przywieść nie mogło. Słychanaż to rzecz, żeby człek takiej fortuny taki był hebes?
- Zaś on naprawdę ma taką fortunę?
- On? Jakem go poznał, trzos miał taki wypchany, że się opasać nim nie mógł, i tak go nosił, jako wędzoną kiełbasę. Można nim było jak kijem machać, ani się zgiął. Sam mnie mówił, ile ma wsiów: Myszykiszki, Psikiszki, Pigwiszki, Syruciany, Ciapuciany, Kapuściany (raczej Kapuścianą - ale głowę), Bałtupie - kto by tam pamiętał te wszystkie pogańskie nazwy! Z pół powiatu do niego należy. Wielki to u boćwinków ród, Podbipiętowie.
- A nie koloryzujesz waść trocha o owych majętnościach?
- Ja nie koloryzuję, bo powtarzam to, com od niego słyszał, a on przecie póki żyje, nie zełgał, bo zresztą i na to za głupi.
- No, to będzie Anusia panią całą gębą! Ale co o nim waćpan mówisz, że głupi, na to się żadną miarą zgodzić nie mogę. Stateczny to mąż i tak roztropny, że w potrzebie nikt lepszej rady nie udzieli... a że nie frant, to trudno. Nie każdemu dał Pan Bóg tak obrotny język jak waści. Co tu gadać! wielki to rycerz i najzacniejszy człowiek, a dowód: że waćpan sam go miłujesz i rad go ujrzysz.
- Skaranie z nim boże! - mruknął Zagłoba. - Dlategom tylko rad, że mu będę panną Anną przypiekał.
- Tego ja waćpanu czynić nie radzę, bo to jest rzecz niebezpieczna... Jego choćby do rany przyłożyć, ale w takowym terminie pewnie by stracił cierpliwość.
- Niechby stracił! Uszy bym mu obciął jak panu Duńczewskiemu.
- Daj no waćpan pokój. Nieprzyjacielowi nie życzyłbym próbować.
- No, no, niech go jeno obaczę!
Życzenie to pana Zagłoby spełniło się prędzej, niż myślał. Dojechawszy do Końskowoli, postanowił Wołodyjowski zatrzymać się na odpoczynek, bo konie były już mocno zdrożone. Któż więc opisze zdziwienie obydwóch przyjaciół, gdy wszedłszy do ciemnej sieni zajazdu, w pierwszym spotkanym szlachcicu rozpoznali pana Podbipiętę.
- Jakże się waszmość masz! siła czasu! siła czasu! - wołał Zagłoba. - A że cię to Kozacy nie usiekli w Zamościu!
Pan Podbipięta brał z kolei obydwóch w ramiona i obcałowywał po policzkach.
- Oto żeśmy się spotkali, co? - powtarzał z radością.
- Gdzie jedziesz? - pytał Wołodyjowski.
- Do Warszawy, do księcia pana.
- Księcia nie ma w Warszawie. Pojechał do Krakowa z królem jegomością, przed którym ma nieść jabłko na koronacji.
- A mnie pan Weyher do Warszawy wyprawił z listem i z zapytaniem gdzie książęce regimenta mają iść, bo już, chwalić Boga, w Zamościu niepotrzebne.
- To i nie potrzebujesz nigdzie jechać, bo my wieziemy ordynanse.
Pan Longinus zasępił się, bo z duszy życzył sobie dotrzeć do księcia, zobaczyć dwór i szczególniej jedną małą osóbkę na tym dworze.
Zagłoba począł mrugać znacząco na Wołodyjowskiego.
- A taki do Krakowa pojadę - rzekł po chwili namysłu Litwin. - Kazali mnie list oddać, to oddam.
- Chodźmy do izby, każemy sobie piwa zagrzać - rzekł Zagłoba.
- A wy gdzie jedziecie? - pytał po drodze Longinus.
- Do Zamościa, do Skrzetuskiego.
- Porucznika nie ma w Zamościu.
- Masz babo placek! Gdzież on jest?
- Koło Choroszczyna gdzieś, gromi kupy swawolne. Chmielnicki cofnął się, ale jego pułkownicy po drodze palą, rabują i ścinają. Na tych starosta wałecki odkomenderował pana Jakuba Regowskiego, żeby ich znosił...
- I Skrzetuski jest z nim także?
- Takoż. Ale oni osobno chodzą, bo wielkie są między nimi emulacje, o których waszmościom później opowiem.
Tymczasem weszli do
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|