Potop (Henryk Sienkiewicz) - Tom Pierwszy Rozdział VIII strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Potop - Henryk Sienkiewicz / Tom Pierwszy Rozdział VIII
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
m żołnierz, a tam trąby na wojnę grają!"
- Tak i pojadę! - mówił sobie pan Wołodyjowski.
Lecz po chwili znowu inna myśl przyszła mu do głowy. A jeśli ona odpowie: "Idźże waćpan na wojnę, mości żołnierzu, a po wojnie będziesz rok do mnie jeździł i w ślepki mi patrzył, bo ja człowiekowi, którego nie znam, duszy i ciała od razu nie oddam."
Wtedy wszystko przepadnie.
Że przepadnie, czuł to pan Wołodyjowski doskonale; bo pominąwszy pannę, którą przez ten czas inny wziąść może, nie był pan Wołodyjowski pewny własnej stałości. Sumienie mu to mówiło, że w nim samym afekt zapalał się, bywało, tak jak słoma, ale i gasł jak słoma.
Wtedy wszystko przepadnie!... I kołatajże się dalej, żołnierzu - tułaczu, z obozu do obozu, z bitwy na bitwę, bez dachu na świecie, bez duszy żywej bliskiej. Rozglądaj się po wojnie na cztery strony świata, nie wiedząc, gdzie głowę poza cekhauzem złożyć!
Ostatecznie pan Wołodyjowski nie wiedział, co czynić.
Ciasno mu się jakoś uczyniło w pacunelskim dworku i duszno, więc wziął czapkę, by wyjść trochę na drogę i słońca majowego zażyć. W progu natknął się na jednego z ludzi Kmicicowych w niewolę wziętych, któren staremu Pakoszowi przypadł w udziale. Kozak grzał się na słońcu i na bandurze brzdąkał.
- A co ty tu robisz? - pytał pan Wołodyjowski.
- Hraju, pane - odpowiedział Kozak podnosząc wynędzniałą twarz.
- Skąd ty jesteś? - pytał dalej pan Michał, kontent, że ma jakowąś w rozmyślaniach przerwę.
- Z daleka, pane, spod Zwiahla.
- Czemużeś to nie umknął jako reszta twoich towarzyszów? O, tacy synowie! Darowała was szlachta życiem w Lubiczu, by mieć robociznę, a wyście zaraz poumykali, ledwie z was łyka zdjęto.
- Ja nie ucieknę. Tu zdechnę jak sobaka.
Takżeś tu sobie upodobał?
- Komu lepiej na polu, to umyka, a mnie tu lepiej. Ja miał nogę przestrzeloną, a tu mnie ją obwinęła szlachcianka, starego córka, i dobre słowo rzekła. Takiej ja krasawicy na oczy nie widział... Na co mnie odchodzić?
- Któraż ci tak dogodziła?
- Marysia.
- I ty już ostaniesz?
- Jeśli zdechnę, to i wyniosą, a nie, to ostanę.
- Zali myślisz u Pakosza córkę wysłużyć?
- Ne znaju, pane.
- Pierwej by takiemu hołyszowi śmierć dał niż córkę.
- U mnie czerwońce w lesie zakopane: dwie garści.
- Z rozboju?
- Z rozboju, pane.
- Choćbyś i garniec miał, toś chłop, a Pakosz szlachcic.
- Ja z bojarów putnych.
- Jeśliś ty z bojarów putnych, toś gorzej niż chłop, boś zdrajca. Jakże ty mogłeś nieprzyjacielowi służyć?
- Ja mu i nie służył.
- A skądże was pan Kmicic brał?
- Z gościńca. Ja służył u pana hetmana polnego, ale potem chorągiew rozlazła się, bo nie było co jeść. Do domu nie miałem po co wracać, bo spalony. Inni na gościniec poszli rozbijać, tak i ja z nimi poszedł.
Pan Wołodyjowski zdziwił się mocno, gdyż aż dotąd sądził, że pan Kmicic napadł Oleńkę z siłami pożyczonymi u nieprzyjaciela.
- To pan Kmicic nie od Trubeckiego was dostał?
- Było między nami najwięcej takich, co przedtem u Trubeckiego i Chowańskiego służyli, ale tak i od nich zbiegli na gościńce.
- I dlaczego wy za panem Kmicicem poszli?
- Bo on sławny ataman. Nam mówili, że na kogo on krzyknie, żeby za nim szedł, to jakby mu talarów w mieszek nasypał. Dlatego my poszli. No, Bóg, nie poszczęścił!
Pan Wołodyjowski począł głową kręcić i rozmyślać, że jednak tego Kmicica zanadto uczerniono; potem spojrzał na wybladłego bojarzynka i znów głową pokręcił.
- Także ty ją miłujesz?
- Oj! tak, pane!
Pan Wołodyjowski odszedł, a odchodząc pomyślał sobie: "Ot! Rezolutny człowiek. T
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|