Potop (Henryk Sienkiewicz) - Tom Pierwszy Rozdział II strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Potop - Henryk Sienkiewicz / Tom Pierwszy Rozdział II
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
ę chcieli! - odpowiedział pan Ranicki. - Ano, kiedy wesele?
- Jak się żałoba skończy.
- Furda żałoba! Dzieci się czarne nie rodzą, jeno białe!
- Jak będzie wesele, to nie będzie żałoby. Ostro, Jędrusiu!
- Ostro, Jędrusiu! - poczęli wołać wszyscy razem.
- Już tam chorążętom orszańskim tęskno z nieba na ziemię! - krzyknął Kokosiński.
- Nie daj czekać niebożętom!
- Mości panowie! - rzucił cienkim głosem Rekuć - Leliwa - popijem się na weselu jak nieboskie stworzenia!
- Moi mili barankowie - odpowiedział Kmicic - pofolgujcie mi albo lepiej mówiąc: idźcie do stu diabłów, niechże się po moim domu obejrzę!
- Na nic to! - odparł Uhlik. - Jutro oględziny, a teraz pospołu do stołu; jeszcze tam parę gąsiorków z pełnymi brzuchami stoi.
- My tu już za ciebie oględziny odprawili. Złote jabłko ten Lubicz! - rzekł Ranicki.
- Stajnia dobra! - wykrzyknął Zend. - Jest dwa bachmaty, dwa husarskie przednie, para żmudzinów i para kałmuków, i wszystkiego po parze jak oczu w głowie. Stadninę jutro obejrzym.
Tu Zend zarżał jak koń, a oni się dziwili, że tak doskonale udaje, i śmieli się.
- Takież tu porządki? - spytał uradowany Kmicic.
- I piwniczka jako się patrzy - zapiszczał Rekuć - ankary smoliste i gąsiory spleśniałe jakoby chorągwie w ordynku stoją.
- To chwała Bogu! siadajmy do stołu!
- Do stołu ! do stołu !
Ale zaledwie siedli i ponalewali kielichy, gdy Ranicki znów zerwał się.
- Zdrowie podkomorzego Billewicza!
- Głupi! - odparł Kmicic. - Jakże to? Nieboszczyka zdrowie pijesz?
- Głupi! - powtórzyli inni. - Zdrowie gospodarskie!
- Wasze zdrowie!...
- By nam się w tych komnatach dobrze działo!
Kmicic rzucił mimo woli okiem po izbie jadalnej i ujrzał na poczerniałej ze starości modrzewiowej ścianie rząd oczu surowych w siebie utkwionych. Oczy te patrzyły ze starych portretów billewiczowskich wiszących nisko, na dwa łokcie od ziemi, bo i ściana była niska. Nad obrazami długim, jednostajnym szeregiem wisiały czaszki żubrze, jelenie, łosie, w koronach z rogów, niektóre już sczerniałe, widocznie bardzo stare, inne połyskujące białością.
Wszystkie cztery ściany były nimi ubrane.
- Łowy tu muszą być przednie, bo widzę i zwierza dostatek! - rzekł Kmicic.
- Jutro zaraz pojedziem albo pojutrze. Trzeba i okolicę poznać - odparł Kokosiński. - Szczęśliwyś ty, Jędrusiu, że masz gdzie głowę przytulić!
- Nie tak jak my! - jęknął Ranicki.
- Wypijmy na pocieszenie! - rzekł Rekuć.
- Nie! nie na pocieszenie! - odpowiedział Kulwiec - Hippocentaurus- ale jeszcze raz za zdrowie Jędrusia, naszego rotmistrza kochanego! On to, moi mości panowie, przytulił nas tu w swoim Lubiczu, nas, biednych exulów, bez dachu nad głową.
- Słusznie mówi! - zawołało kilka głosów. - Nie taki głupi Kulwiec, jak się wydaje.
- Ciężka nasza dola ! - piszczał Rekuć. - W tobie cała nadzieja, że nas za wrota, sierot biednych, nie wygonisz.
- Dajcie spokój! - mówił Kmicic - co moje, to i wasze!
Na to powstali wszyscy ze swych miejsc i poczęli go w ramiona brać. Łzy rozczulenia płynęły po tych twarzach srogich i pijackich.
- W tobie cała nadzieja, Jędrusiu! -. wołał Kokosiński - choć na grochowinach pozwól się przespać, nie wyganiaj!
- Dajcie spokój! - powtarzał Kmicic.
- Nie wyganiaj! i tak nas wygnali, nas, szlachtę i familiantów! - wołał żałośnie Uhlik.
- Do stu kaduków! Któż was wygania? jedzcie, pijcie, śpijcie, czego, u diabła, chcecie?
- Nie przecz, Jędrusiu - mówił Ranicki, na którego twarz wystąpiły cętki jak na skórze rysia - nie przecz, Jędrusiu, przepadliśmy z kretesem..
Tu się zaciął, przyłożył palec do czoła, jakby głowę wysilał, i nagle rzekł spojrzaws
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|