Potop (Henryk Sienkiewicz) - Tom Pierwszy Rozdział XXIV strona nr 2

skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki

Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line.
Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.


UWAGA: SUPER STRESZCZENIA

Szkolne lektury / Potop - Henryk Sienkiewicz / Tom Pierwszy Rozdział XXIV

::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::


poprzednia strona

asem patrzcie waszmościowie...


- Nie my jedni, ale cała Rzeczpospolita ich z otwartymi rękami przyjęła!- rzekł Ganchof.


- Tak jest! jako żywo! - wtrącił w zamyśleniu Kmicic.


- Prócz pana Sapiehy i pana Gosiewskiego, i pana Czarnieckiego, i hetmanów koronnych! - rzekł Charłamp.


- Lepiej o tym nie mówić! - odpowiedział Ganchof. - No! Mości pułkowniku, wracajże nam zdrowo... promocje cię tu czekają...


- I panna Billewiczówna - dodał Charłamp.


- Waćpanu nic do panny Billewiczówny! - odrzekł szorstko Kmicic.


- Pewnie, że nic, bom już i za stary. Ostatni raz... Czekajcie, waszmościowie... kiedyż to było?... Aha ! ostatni raz w czasie elekcji dziś nam miłościwie panującego Jana Kazimierza...


- Waszmość od tego język odzwyczaj! - przerwał Ganchof. - Dziś panuje nam miłościwie Karol Gustaw.


- Prawda!... Consuetudo altera natura... Owóż ostatni raz w czasie elekcji Jana Kazimierza, naszego eks-króla i wielkiego księcia litewskiego, okrutniem się zakochał w jednej pannie z fraucymeru księżnej Jeremiowej. Wabna to była bestyjka... Ale com jej chciał w oczy bliżej spojrzeć, to mi pan Wołodyjowski szablę podstawiał. Miałem się z nim bić, tymczasem Bohun wszedł między nas, którego Wołodyjowski jak zająca wypatroszył. Żeby nie to, tyle byście mnie waszmościowie teraz żywego widzieli. Ale wonczas gotów byłem się bić choćby z diabłem. Wołodyjowski zresztą peramicitiam się o nią tylko zastawiał, bo ona była z innym zmówiona, jeszcze gorszym zabijaką... Ej, mówię waściom, myślałem, że uschnę... Ni mi było do jadła, ni do napitku... Dopiero jak mnie książę nasz z Warszawy aż do Smoleńska posłał, tak i afekt wytrząsłem po drodze. Nie masz jak podróż na takowe zgryzoty. W pierwszej mili już mi się stało lżej, a nim do Wilna dojechałem, ani mi była w głowie, i do tej pory w kawalerskim stanie wytrwałem. Ot, co! Nie masz jak droga na nieszczęśliwe afekta!


- Także to waść mówisz? - spytał Kmicic.


- Jako żywo! Niech tak czarni porwą wszystkie gładyszki z całej Litwy i Korony! Już mi one niepotrzebne.


- I bez pożegnania waść wyjechałeś?


- Bez pożegnania, jenom tasiemkę czerwoną za sobą rzucił, co mi jedna stara niewiasta, w rzeczach afektu bardzo doświadczona, doradziła.


- Zdrowie waszmości - wtrącił Ganchof zwracając się znów do pana Andrzeja.


- Zdrowie! - odrzekł Kmicic. - Dziękuję z serca!


- Do dna! do dna! Waszmości czas na koń, a i nas też służba potrzebuje.


      Niech waszą mość Bóg prowadzi i odprowadzi!


- Bywajcie zdrowi !


- Tasiemkę czerwoną rzucić za siebie - rzekł Charłamp - albo na pierwszym noclegu ognisko wiadrem wody samemu zalać. Pamiętaj waść... jeżeli chcesz zapomnieć!


- Ostawaj waść z Bogiem!


- Nieprędko się obaczym !


- A może gdzie na polu bitwy - dorzucił Ganchof. - Daj Boże, obok siebie, nie przeciw sobie.


- Nie może inaczej być! - odrzekł Kmicic.


      I oficerowie wyszli.


      Zegar bił siódmą z wieży. Na dziedzińcu konie stukały kopytami o kamienne płyty, a przez okno widać było ludzi czekających w gotowości. Dziwny niepokój ogarnął pana Andrzeja. Powtarzał sobie: "Jadę! jadę!" Wyobraźnia przesuwała mu przed oczyma nieznane kraje i tłum nieznanych twarzy, które miał zobaczyć, a jednocześnie chwytało go także zdziwienie na myśl o tej drodze, jak gdyby przedtem nigdy o niej nie myślał.


      "Trzeba siąść na koń i ruszyć, a co się zdarzy, to się zdarzy... Co będzie, to będzie!" - myślał sobie.


      Teraz jednak, gdy konie parskały już za oknem i godzina odjazdu biła, czuł, że tamto życie będzie obce, a wszystko, z czym się zżył, do czego się wezwyczaił, z czym zrósł mimo woli duszą i sercem, to pozostanie w tym kraju, w tej okolicy, w tym mieście. Dawny Kmicic także zostanie tu, a tam pojedzie jakoby inny człowiek, tak obcy wszystkim, jak i ws

następna strona



::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::




Centrum ogrodowe




Archiwum lektur szkolnych istnieje od sierpnia 2005, mapa serwisu Polityka prywatności
Autor skryptów: Przemysław Krajniak, Skrypty PHP