Lalka (Bolesław Prus) - Tom Pierwszy "Pamiętnik starego subiekta" strona nr 3
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Lalka - Bolesław Prus / Tom Pierwszy "Pamiętnik starego subiekta"
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
eniarstwo. Lecz gdy zapytano mnie: do czego mam ochotę? odpowiedziałem, że do sklepu.
- Kto wie, czy to nie będzie najlepsze - zauważył pan Raczek. - A do jakiegoż byś chciał kupca?
- Do tego na Podwalu, co ma we drzwiach pałasz, a w oknie kozaka.
- Wiem - wtrąciła ciotka. - On chce do Mincla.
- Można spróbować - rzekł pan Domański. - Wszyscy przecież znamy Mincla.
Pan Raczek na znak zgody plunął aż w komin.
- Boże miłosierny - jęknęła ciotka - ten drab już chyba na mnie pluć zacznie, kiedy brata nie stało... Oj! nieszczęśliwa ja sierota!...
- Wielka rzecz! - odezwał się pan Raczek. - Wyjdź jejmość za mąż, to nie będziesz sierotą.
- A gdzież ja znajdę takiego głupiego, co by mnie wziął?
- Phi! może i ja bym się ożenił z jejmością, bo nie ma mnie kto smarować - mruknął pan Raczek, ciężko schylając się do ziemi, ażeby wypukać popiół z fajki.
Ciotka rozpłakała się, a wtedy odezwał się pan Domański:
- Po co robić duże ceregiele. Jejmość nie masz opieki, on nie ma gospodyni; pobierzcie się i przygarnijcie Ignasia, a będziecie nawet mieli dziecko. I jeszcze tanie dziecko, bo Mincel da mu wikt i kwaterę, a wy tylko odzież.
-- Hę?... - spytał pan Raczek patrząc na ciotkę.
- No, oddajcie pierwej chłopca do terminu, a potem... może się odważę - odparła ciotka. - Zawsze miałam przeczucie, że marnie skończę...
- To i jazda do Mincla! - rzekł pan Raczek podnosząc się z krzesełka. - Tylko jejmość nie zrób mi zawodu! - dodał grożąc ciotce pięścią.
Wyszli z Panem Domańskim i może w półtorej godziny wrócili obaj mocno zarumienieni. Pan Raczek ledwie oddychał, a pan Domański z trudnością trzymał się na nogach, podobno z tego, że nasze schody były bardzo niewygodne.
- Cóż?... - spytała ciotka.
- Nowego Napoleona wsadzili do prochowni! - odpowiedział pan Domański.
- Nie do prochowni, tylko do fortecy. A-u... A-u... - dodał pan Raczek i rzucił czapkę na stół.
- Ale z chłopcem co?
- Jutro ma przyjść do MIincla z odzieniem i bielizną - odrzekł pan Domański. - Nie do fortecy A-u... A-u... tylko do Ham-ham czy Cham... bo nawet nie wiem...
- Zwariowaliście, pijaki! - krzyknęła ciotka chwytając pana Raczka za ramię.
- Tylko bez poufałości! - oburzył się pan Raczek. - Po ślubie będzie poufałość, teraz... Ma przyjść do Mincla jutro z bielizną i odzieniem... Nieszczęsny Napoleonie!...
Ciotka wypchnęła za drzwi pana Raczka, potem pana Domańskiego i wyrzuciła za nimi czapkę.
- Precz mi stąd, pijaki!
- Wiwat Napoleon! - zawołał pan Raczek, a pan Domański zaczął śpiewać :
Przechodniu, gdy w tę stronę zwrócisz swoje oko,
Przybliż się i rozważaj ten napis głęboko...
Przybliż się i rozważaj ten napis głęboko.
Głos jego stopniowo cichnął, jakby zagłębiając się w studni, potem umilkł na schodach, lecz znowu doleciał nas z ulicy. Po chwili zrobił się tam jakiś hałas, a gdy wyjrzałem oknem, zobaczyłem, że pana Raczka policjant prowadził do ratusza.
Takie to wypadki poprzedziły moje wejście do zawodu kupieckiego.
Sklep Mincla znałem od dawna, ponieważ ojciec wysyłał mnie do niego po papier, a ciotka po mydło. Zawsze biegłem tam z radosną ciekawością, ażeby napatrzeć się wiszącym za szybami zabawkom. O ile pamiętam, był tam w oknie duży kozak, który sam przez się skakał i machał rękoma, a we drzwiach - bęben, pałasz i skórzany koń z prawdziwym ogonem.
Wnętrze sklepu wyglądało jak duża piwnica, której końca nigdy nie mogłem dojrzeć z powodu ciemności. Wiem tylko, że po pieprz, kawę i liście bobkowe szło się na lewo do stołu, za którym stały ogromne szafy od sklepienia do podłogi napełnione szufladami. Papier zaś, atrament, talerze i szklanki sprzedawano przy stole na prawo, gdzie były szafy z szybami, a po mydło i krochmal szło się w głąb sklepu, gdzie było widać beczki i stosy pak drewnianych.
Nawet sklep
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|