Lalka (Bolesław Prus) - Tom Drugi "<<ona>> - <<on>> - i ci inni" strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Lalka - Bolesław Prus / Tom Drugi "<<ona>> - <<on>> - i ci inni"
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
a ona - panna Łęcka. Rzuć nazwisko, rzuć swój zawód... Tak, ale cóżby wtedy zostało... Zresztą nawet księżniczka krwi mogłaby wyjść za Rossiego i świat tylko podziwiałby jej poświęcenie...
Wyjść za Rossiego?... Dbać o jego garderobę teatralną, a może przyszywać mu guziki do nocnych koszul?...
Panna Izabela wstrząsnęła się. Kochać go bez nadziei - to dosyć...Kochać i czasami porozmawiać z kim o tej tragicznej miłości... Możeby z panną Florentyną. Nie, ona nie ma dosyć uczucia. Daleko lepiej nadawałby się do tego Wokulski. Patrzyłby jej w oczy, cierpiałby za siebie i za nią, ona opowiadałaby mu bolejąc nad własnym i nad jego cierpieniem i w taki sposób bardzo przyjemnie upływałyby im godziny. Kupiec galanteryjny w roli powiernika!... Można by zresztą zapomnieć o tym kupiectwie.
W tej samej porze pan Tomasz zakręcając siwego wąsa spacerował po swym gabinecie i myślał: "Wokulski jest to człowiek ogromnie zręczny i energiczny! Gdybym miał takiego plenipotenta (tu westchnął), nie pozbyłbym się majątku...No, już stało się: za to dziś go mam... Z kamienicy zostanie mi czterdzieści, nie - pięćdziesiąt, a może i sześćdziesiąt tysięcy rubli... Nie, nie przesadzajmy, niech pięćdziesiąt tysięcy, no - niechby tylko czterdzieści tysięcy... Dam mu to, on będzie mi płacił z osiem tysięcy rubli rocznie, resztę zaś (jeżeli interes pójdzie w jego rękach, jak się spodziewam), resztę procentów - każę kapitalizować... Za pięć, sześć lat suma podwoi się, a już za dziesięć - może wzrosnąć w czwórnasób... Bo to w operacjach handlowych pieniądze szalenie się mnożą... Ale co ja mówię!... Wokulski, jeżeli jest naprawdę genialnym kupcem, powinien mieć i z pewnością ma sto za sto. A w takim razie spojrzę mu w oczy i powiem bez ogródki: <<Dawaj ty innym, mój dobrodzieju, piętnaście albo dwadzieścia procent rocznie, ale nie mnie, który się na tym rozumiem.>> I on, naturalnie, zobaczywszy, z kim ma do czynienia, zmięknie od razu i może nawet wykaże taki dochód, o jakim mi się nie śniło..." Dzwonek w przedpokoju uderzył dwa razy. Pan Tomasz cofnął się w głąb gabinetu i usiadłszy na fotelu wziął do rąk tom przygotowanej na ten cel ekonomii Supińskiego. Mikołaj otworzył drzwi i za chwilę ukazał się Wokulski.
- A... witam!... - zawołał pan Tomasz wyciągając do niego rękę.
Wokulski nisko ukłonił się przed białymi włosami człowieka, którego rad był nazywać swoim ojcem.
- Siadajże, panie Stanisławie... Może papierosa?... Proszę cię... Cóż tam słychać?... Czytam właśnie Supińskiego: tęga głowa!... Tak, narody nie umiejące pracować i oszczędzać zniknąć muszą z powierzchni ziemi...Tylko oszczędność i praca!... Pomimo to nasi wspólnicy zaczynają grymasić, co?...
- Niech robią, jak im wygodniej - odparł Wokulski. - Ja na nich nie zyskam ani jednego rubla.
- Ale ja nie opuszczę cię, panie Stanisławie - rzekł pan Tomasztonem przekonania. I dodał po chwili: - W tych dniach sprzedaję, to jest dopuszczam do sprzedaży mego domu. Miałem z nim duży kłopot: lokatorowie nie płacą, rządcy złodzieje, a wierzycieli hipotecznych musiałem zaspokajać z własnej kieszeni. Nie dziw się, że mnie to w końcu znudziło...
- Naturalnie - wtrącił Wokulski.
- Mam nadzieję - ciągnął pan Tomasz - że zostanie mi z niego pięćdziesiąt, a choćby czterdzieści tysięcy rubli...
- Ile ma pan nadzieję wziąć za ten dom?... - Sto, do stu dziesięciu tysięcy rubli... Cokolwiek jednakże dostanę, tobie oddam, panie Stanisławie.
Wokulski pochylił głowę na znak zgody i pomyślał, że jednak pan Tomasz za swoją kamienicę nie dostanie więcej nad dziewięćdziesiąt tysięcy rubli. Tyle bowiem miał w tej chwili do dyspozycji, a nie mógł zaciągać długów bez narażania swego kredytu.
- Tobie oddam, panie Stanisławie - mówił pan Łęcki. - I właśnie chciałem zapytać się, czy przyjmiesz?...
- Ależ rozumie się...
- I jaki mi dasz procent?
- Gwarantuję dwudziesty, a jeżeli intere
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|