Lalka (Bolesław Prus) - Tom Pierwszy "Wielkopańskie zabawy" strona nr 3

skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki

Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line.
Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.


UWAGA: SUPER STRESZCZENIA

Szkolne lektury / Lalka - Bolesław Prus / Tom Pierwszy "Wielkopańskie zabawy"

::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::


poprzednia strona

anny Izabeli, która mówiła dalej:


- Naprawdę to przyjechałyśmy tylko na ten wyścig: pani prezesowa i ja. Bo ciocia udaje, że gniewa się na wyścigi... Ach, panie, pan musi wygrać...


- Jeżeli pani zechce, wygram - odparł Wokulski patrząc na nią ze zdumieniem... Nigdy nie wydała mu się tak piękną jak teraz w wybuchu niecierpliwości. Nigdy też nie marzył, ażeby rozmawiała z nim tak łaskawie.


Spojrzał po obecnych. Prezesowa była wesoła, hrabina uśmiechnięta, pan Łęcki promieniejący. Na koźle lokaj hrabiny półgłosem zakładał się z furmanem, że Wokulski wygra. Dokoła nich kipiały śmiech i radość. Radował się tłum, galerie, powozy; kobiety w barwnych strojach były piękne jak kwiaty i ożywione jak ptaki. Muzyka grała fałszywie, ale raźnie; konie rżały, sportsmeni zakładali się, przekupnie zachwalali piwo, pomarańcze i pierniki. Radowało się słońce, niebo i ziemia, a Wokulski poczuł się w tak dziwnym nastroju, że chciałby wszystko i wszystkich porwać w objęcia.


Odbył się drugi wyścig, muzyka znowu zagrała. Wokulski pobiegł do trybuny, a spotkawszy Yunga, który z siodłem w ręku powracał w tej chwili od wagi, szepnął mu:


- Panie Yung, musimy wygrać... Sto rubli nad umowę... Niech bodaj klacz padnie...


- Och!... - jęknął dżokej przypatrując mu się z odcieniem chłodnego podziwu.


Wokulski kazał dojechać swemu powozowi bliżej hrabiny i wrócił do pań. Uderzyło go to, że przy nich nikt nie stał. Wprawdzie marszałek i baron zbliżyli się do ich powozu, ale obojętnie przyjęci przez pannę Izabelę niebawem odsunęli się. Lecz młodzież kłaniała się z daleka i omijała.


"Rozumiem - pomyślał Wokulski. - Oziębiła ich wiadomość o licytacji domu. A teraz - dodał w duchu, patrząc na pannę Izabelę- przekonaj się, kto naprawdę kocha ciebie, nie twój majątek."


Zadzwoniono na trzeci wyścig. Panna Izabela stanęła na siedzeniu; na twarz jej wystąpiły rumieńce. O parę kroków od niej przejechał na Sułtance Yung z miną człowieka, który się nudzi.


- Spraw się dobrze, ty śliczna!... - zawołała panna Izabela.


Wokulski wskoczył do swego powozu i otworzył lornetę. Był tak pochłonięty wyścigiem, że na chwilę zapomniał o pannie Izabeli. Sekundy rozciągały mu się w godziny; zdawało mu się, że jest przywiązany do trzech koni mających się ścigać i że każdy ich ruch niepotrzebny szarpie mu ciało. Uważał, że jego klacz nie ma dość ognia i że Yung jest zanadto obojętny. Mimo woli słyszał rozmowy otaczających go:


- Yung weźmie..,


- Ale... Przypatrz się pan temu gniademu...


- Dałbym dziesięć rubli, żeby Wokulski wygrał... Utarłby nosa hrabiom...


- Krzeszowski wściekłby się...


Dzwonek. Trzy konie z miejsca ruszyły cwałem.


- Yung na przodzie...


- To właśnie głupstwo...


- Już minęli zakręt...


- Pierwszy zakręt, a gniady tuż za nim.


- Drugi... Znowu wysunął się...


- Ale gniady idzie...


- Pąsowa kurtka w tyle...


- Trzeci zakręt... Ależ Yung nic sobie z nich nie robi...


- Gniady dopędza...


- Patrzcie!... patrzcie!... Pąsowy bierze gniadego...


- Gniady na końcu... Przegrałeś pan...


- Pąsowy bierze Yunga...


- Nie weźmie, już ćwiczy konia...


- Ale... ale... Brawo Yung!... Brawo Wokulski!... Klacz idzie jak woda!... Brawo!...


- Brawo!... brawo!.:.


Dzwonek. Yung wygrał. Wysoki sportsmen wziął klacz za uzdę i zaprowadziwszy przed trybunę sędziów zawołał:


- Sułtanka!... Jeździec Yung!... Właściciel anonim...


- Co to anonim... Wokulski... Brawo Wokulski!... - wrzeszczał tłum.


- Właściciel pan Wokulski! - powtórzył wysoki dżentelmen i odesłał klacz na licytację.


Wśród tłumu zbudził się szalony zapał dla Wokulskiego. Jeszcze żaden wyścig tak nie rozruszał widzów: cieszono się, że warszawski kupiec pobił dwu hrabiów.


Wokulski zbliżył się do powozu hrabiny. Pan Łęcki i damy starsze winszowały mu; panna Izabel

następna strona



::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::




Centrum ogrodowe




Archiwum lektur szkolnych istnieje od sierpnia 2005, mapa serwisu Polityka prywatności
Autor skryptów: Przemysław Krajniak, Skrypty PHP