Faraon (Bolesław Prus) - Tom Drugi Rozdział XLVI strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Faraon - Bolesław Prus / Tom Drugi Rozdział XLVI
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
faraona, możesz zawieszać wykonywanie pewnych ustaw, których ja muszę słuchać - odparł Mentezufis.
- Nie mógłżeś więc zaczekać do mego powrotu?
- Ustawa każe zabijać n a t y c h m i a s t, więc spełniłem jej wymagania.
Książę był tak oszołomiony, że przerwał dalszą rozmowę i udał się do swego namiotu. Tam dopiero upadłszy na fotel rzekł do Tutmozisa:
- Ależ ja już dziś jestem niewolnikiem kapłanów!... Oni mordują jeńców, oni grożą moim oficerom, oni nawet nie szanują moich zobowiązań... Nic żeście nie mówili Mentezufisowi, kiedy kazał zabijać tych nieszczęsnych?...
- Zasłaniał się prawem wojennym i nowymi rozkazami Herhora...
- Ależ właściwie ja tu jestem wodzem, choć wyjechałem na pół dnia.
- Wyraźnie zdałeś dowództwo w ręce moje i Patroklesa - odparł Tutmozis. - Gdy zaś nadjechał święty Mentezufis, musieliśmy mu ustąpić, gdyż jest wyższy od nas...
Książę pomyślał, że jednak schwytanie Tehenny było okupione zbyt wielkimi nieszczęściami. Jednocześnie z całą siłą odczuł doniosłość przepisu, który nie pozwala wodzowi opuszczać wojska. Musiał w sobie przyznać, że nie ma słuszności, ale to jeszcze bardziej drażniło jego dumę i napełniało nienawiścią do kapłanów.
"Otóż - mówił - jestem w niewoli pierwej nawet, nim zdążyłem zostać faraonem (oby mój świątobliwy ojciec żył wiecznie!). Więc już dzisiaj muszę zacząć wydobywać się z niej, a przede wszystkim - milczeć... Pentuer ma słuszność: milczeć, zawsze milczeć, a gniewy swoje jak drogocenne klejnoty składać w skarbcu pamięci. Dopiero, gdy zbierze się... O prorocy, wy mi wówczas zapłacicie!.."
Nie pytasz, wasza dostojność, o rezultat bitwy? - spytał Tutmozis.
- Aha, właśnie... Cóż jest?
- Przeszło dwa tysiące jeńców, więcej niż trzy tysiące zabitych, a ledwie kilkuset uciekło.
- Jakaż więc była armia libijska? - rzekł zdziwiony książę.
- Sześć do siedmiu tysięcy ludzi.
- To być nie może... Czy podobna, aby w takiej potyczce zginęło prawie całe wojsko?...
- A przecież tak jest, to była straszna bitwa - odparł Tutmozis. - Otoczyłeś ich ze wszech stron, resztę zrobili żołnierze, no... i dostojny Mentezufis... O takiej klęsce nieprzyjaciół Egiptu nie mówią nagrobki najsławniejszych faraonów.
- Idź już spać, Tutmozisie, jestem zmęczony - przerwał książę czując, że pycha zaczyna mu bić do głowy.
"Więc to ja odniosłem takie zwycięstwo?... Niepodobna!..." - pomyślał.
Rzucił się na skóry, ale pomimo śmiertelnego znużenia zasnąć nie mógł.
Dopiero czternaście godzin upłynęło od chwili, gdy wydał hasło rozpoczęcia bitwy... Dopiero czternaście godzin?... Niepodobna!...
On wygrał taką bitwę?... Ależ on nawet nie widział bitwy, tylko żółty, gęsty tuman, skąd potokami wylewały się nieludzkie wrzaski. Oto i teraz widzi ów tuman, słyszy wrzawę, czuje spiekotę, a przecie żadnej bitwy nie ma...
Potem zobaczył niezmierną pustynię, wśród której z bolesnym trudem posuwał się po piasku. On i jego ludzie mieli najlepsze konie z całej armii, a pomimo to pełzali jak żółwie... A co za spiekota!... Niepodobna, ażeby człowiek mógł wytrzymać taki żar...
A oto zrywa się Tyfon, zasłania świat, pali, gryzie, dusi... Z figury Pentuera sypią się blade iskry... Nad ich głowami rozlegają się grzmoty, zjawisko, którego nie widział jeszcze nigdy... Potem cicha noc w pustyni...Pędzący gryf, ciemna sylwetka sfinksa na wapiennym wzgórzu...
"Tylem widział, tylem przeżył - myśli Ramzes - byłem przy budowaniu naszych świątyń, a nawet przy urodzinach wielkiego sfinksa, który już nie ma wieku, i... to wszystko miałoby zdarzyć się w ciągu czternastu godzin?..."
Jeszcze ostatnia myśl błysnęła księciu: "Człowiek, który tyle przeżył, nie może długo żyć..."
&n
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|