Wspomnienie z Maripozy (Henryk Sienkiewicz)
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Wspomnienie z Maripozy - Henryk Sienkiewicz /
poprzednia strona
ęściem nie Yankee Doodle, ale Srebrne nitki.
- Dobry wieczór panu - rzekli uprzejmie przechodząc koło mnie.
I ludzie tu jacyś życzliwi, grzeczni. Doprawdy, gdy przyjdzie starość, pomyślę nieraz o tej cichej Maripozie. Z wysoka doleciał mnie głos żurawi ciągnących gdzieś ku Oceanowi. Rozkołysałem się i rozmarzyłem. Dziwne zebranie wrażeń, ale wróciłem do hotelu prawie rozrzewniony i jakiś tęskny. Począłem myśleć o domu, o moich i także zacząłem śpiewać, ale nie Yankee Doodle. O nie! Śpiewałem: "U nas inaczej! inaczej! inaczej!"...
- Puk, puk, puk!
- Ciekawym, kto to być może? - pomyślałem.
- Puk! puk!
- Come in.
Wszedł gospodarz. Co u licha! co za kraj! I ten ma minę zupełnie wzruszoną. Zbliża się do mnie, ściska mnie silnie za rękę i nie puszczajac mej dłoni, oddala się na długość ramienia, patrząc na mnie tak, jakby mnie chciał błogosławić.
Otwieram usta i moje zdziwienie równa się jego rozrzewnieniu.
- Zobaczyłem w księdze hotelowej - mówi - pan jesteś z Polski?
- Tak jest. Czy i pan Polak?
- O nie! Jestem Badeńczyk.
- To pan był w Polsce?
- O nie! nigdy...
- A więc?...
Moje oczy otwierają się równie szeroko, jak usta...
- Panie - rzecze gospodarz - służyłem pod Mierosławskim.
- Tam do licha!
- To był bohater! to największy wódz w świecie! Jakżem szczęśliwy,
że pana widzę... Czy on żyje jeszcze?
- Nie, umarł.
- Umarł! - mówi Niemiec i siadłszy ciężko opuszcza ręce na kolana, a głowę na piersi.
Nie wiedziałem sam, co mam robić. Nie podzielałem entuzjazmu pana Billinga dla M., ale w tej chwili entuzjazm ten był mi miłym i pochlebiał mi. Tymczasem pan Billing zwycięża swój smutek i uwielbienie jego dla M. płynie kaskadą, wobec której niczym Niagara albo Yosemita Falls. O uszy moje obijają się imiona kilku bohaterów starożytności, kilku ze średnich wieków, następnie Waszyngtona, Lafayetta, Kościuszki i Mierosławskiego; potem słyszę wyrazy takie, jak swoboda, postęp, cywilizacja - słyszę setkami, tysiącami. Wymowny jenerał miał widocznie wymownych szeregowców.
- To był człowiek idealny! - wykrzykuje na koniec mój gospodarz.
- Był czy nie był, mniejsza o to! - myślę sobie - ale faktem jest, że ty, pozytywny Niemcze, jeśli masz w sobie coś idealnego, to dziwnym zbiegiem okoliczności zawdzięczasz to Polakowi. Gdyby nie on, ergo, gdyby nie my, myśl twoja nie uleciałaby może nigdy ponad dolary, business i zyski ze swego hotelu. Łapałbyś tylko chciwie turystów jadących do Big Trees i skakał koło nich, jak koło mnie skakałeś, a teraz oto duch wyższy dmie przez ciebie jak przez dudy organów - i wyrzucasz słowa, które już skwaśniały jak stare piwo w Europie, ale które nie przestały być najszlachetniejszymi słowami, na jakie się zdobył język ludzki. W starej Europie jest tylko może jedyny kąt, gdzie je biorą jeszcze na serio i czasem wymawiają ze łzą w oku, a czasem z bólem, że inni poniewierają tymi skarbami lub na nich gwiżdżą, jak na dziurawych orzechach. Ale trudno... I o owym kącie czasem także... trudno - o jak trudno! Co za poczciwy jakiś Niemiec; nie imponuje mu nic a nic Sadowa ani Sedan, on tylko wspomina M. i swoje Badeńskie. Co za poczciwy Niemiec! Adres jego: Billing's Hotel, Kalifornia, Maripoza County. Warto zanotować adres takiego Niemca. Trzebaż aż do Maripozy po niego jechać!
All right!
On tymczasem powtarza: "Ach ten M...!", i obciera oczy, wyraźnie obciera oczy. Dusza złota!
- Tak mi miło, że pana widzę, jakbym się napił whisky z imbirem! - mówi do mnie.
Ściska moją dłoń, ściska ją po raz drugi, trzeci i zabiera się ku drzwiom. Przy drzwiach wali się ręką w czoło, aż plasło.
- Ale! - mówi. - Otom zapomniał! Przecie tu jest pański rodak.
- W Maripozie?
- Nie, on mieszka w lesie. Ale w piątek przyjeżdża na targ z miodem i zostaje na noc. Stary człowiek. Bardzo dobry, bardzo dobry! On tu już jest ze dwadzieści
następna strona
|