Powrót posła (Julian Ursyn Niemcewicz) - Akt II strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Powrót posła - Julian Ursyn Niemcewicz / Akt II
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
ym I słodkiego uczucia, że jestem kochanym! Ale któż znów nadchodzi osobność mą kłócić?
SCENA IV Walery i Szarmantcki
SZARMANTCKI ufryzowany, z wielkim halsztukiem i w fraku eleganckim rzuca się na Walerego i całuje go Pozwól się, przyjacielu, na łono twe rzucić, Ucałować, przypomnieć tej przyjaźni świętej, W młodych leciech w konwikcie tak czule powziętej Wiek minął, jakeśmy się z sobą rozdzielili, Panowie tu na nowo Polskę przerobili, Ledwiem ją poznał, kiedym wrócił z zagranicy. Lecz jak to? lato całe strawiłem w stolicy: Nigdzie nie spotkać?
WALERY Mocno tego żałowałem; Moje zabawy, domy, które uczęszczałem, Może, że nie te były, kędyś waćpan bywał.
SZARMANTCKI Wtenczas u Kolsonowej najwięcej-m przebywał, W ulicy Ujazdowskiej. Wpośrzód pracy takiej Jakżeś też nie wyjechał i razu na raki?
WALERY Prawdziwie, że się tego nieskończenie wstydzę; Lecz słodzę stratę, kiedy dziś waćpana widzę. Jak długo odwiedzałeś waćpan cudze kraje?
SZARMANTCKI Rok tylko, alem przejął wszystkie ich zwyczaje. Prawdziwie, już nie mogłem w ojczyźnie usiedzieć: Najprzód ojciec mi kazał w sprawach się swych biedzić, Jeździć po trybunałach, to śliczne zabawy! Wolałem przegrać dobra niż pilnować sprawy. W roku zdało mu się oddać mię do gabinetu , Porzuciłem: nie umiem dochować sekretu. Dalej, próbując mojej w żołnierce ochoty, Nabył dla mnie chorągiew w rejmencie piechoty; I to mi się sprzykrzyło. Przecież Opatrzności Zdało się ojca mego przenieść do wieczności. Zobaczywszy się panem znacznego majątku, Z radości nie wiedziałem, co robić z początku... poprawiając halsztuka i desynując się To prawda, że Bóg człeka stworzył dosyć ładnie: Żeby jednak wykształcić figurkę dokładnie, Chciałem Paryż odwiedzić; dobra więc dzierżawą Puściwszy, rozstałem się z kochaną Warszawą.
WALERY Toś się waćpan podówczas w Paryżu znajdował? Gdy rewolucja , gdy się ów zapał zajmował?
SZARMANTCKI To mię też zamieszanie z Francji wypędziło.
WALERY Właśnie wtenczas w tym kraju zostać się godziło, Patrzyć na naród dzielny, długo uciskany, Który poznawał siebie i rwał swe kajdany, Jak na gruzach tyranii wyniósł rząd swobodny: Był to widok człowieka rozsądnego godny. Pewnieś się waćpan starał widzieć i być wszędy, Zważałeś ich ustawy, a nawet i błędy?
SZARMANTCKI Wyznam waćpanu: nie wiem, co się z nimi stało, Bo mię wszystkie ich czyny obchodziły mało. Dziękuję za tę sławną i wolność, i trudy: Nie uwierzysz, w Paryżu jakie teraz nudy. Nic na świecie tak wielkiej nie nadgrodzi szkody. Panienek ani ujrzeć, teatra, ogrody, Bulwary i foksale są prawie bez ludzi; Człowiek nie ma co robić, cały dzień się nudzi. Raz, pamiętam, wyszedłem kupować guziki Do pąsowego fraku; kupcy, czeladniki, Jak gdyby ich umyślnie obrano z rozsądku, Na warcie strzegli w mieście dobrego porządku . Tak mię to rozgniewało, żem się wraz zawinął I czym prędzej przez Kale do Anglii popłynął.
WALERY Przynajmniej ten kraj sławny, tak rozsądnie wolny, Zastanowić uwagę waćpana był zdolny? Rząd jego, rękodzieła i ustaw tak wiele Dłużej go zatrzymały?
SZARMANTCKI Trzy tylko niedziele Bawiłem w Anglii: srodze powietrze niezdrowe. Kupiłem dwie par sprzączek i szpadę stalowę; Byłem na Parlamencie: tak jak u nas, krzyki. Lecz za to co za sklepy, łańcuszki, guziki, Kursa koni! to w świecie najlepsza ustawa! Ach! przyjacielu, co to za szczęście, zabawa; Tych się cudzoziemcowi opuścić nie godzi. Co to za widowisko! człek w głowę zachodzi, Nie możesz pojąć, jeden za drugim jak leci Na takich koniach, ot, tak prawie małe dzieci. Pamiętam dnia jednego, śmiech mię bierze pusty, Angielczyk jeden, z małą peruczką i tłusty, Przegrał niezmierny zakład. W zapalczywym gniewie Chciał koniowi w łeb strzelić; przyp
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|