Chłopi (Władysław Stanisław Reymont) - Jesień Rozdział IX strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Chłopi - Władysław Stanisław Reymont / Jesień Rozdział IX
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
się przyodział, buty świąteczne kazał se Witkowi sadłem wysmarować i nowe wiechetki ze słomy przyciąć - Kuba go wygolił, a on się pasem okręcił, kapelusz nadział i niecierpliwie wyglądał przez okno na ganek, bo tam Hanka iskała chłopaka, a nie chciał się z nią widzieć, aż i dopatrzył, że weszła na chwilę do izby, to się chyłkiem wysunął w opłotki - i tyla go już dnia tego widzieli...
Józka cały dzień popłakiwała i tłukła się po izbie, jak ten ptak zamknięty! Antek zaś gorzał w mękach coraz boleśniejszych i sroższych - ani jadł, ni spał, ni mógł się zająć czymkolwiek; był ogłuszony jeszcze, nieprzytomny zgoła i nie wiedzący, co się z nim dzieje. Twarz mu poczerniała, że tylko oczy uczyniły się jeszcze większe i płonęły szklisto, jakby łzami skamieniałymi - zęby zacinał, żeby nie krzyczeć w głos i nie wyklinać, a chodził wciąż po izbie, to po obejściu, to w opłotki szedł lub na drogę i powracał, padał w ganku na ławę i siedział godzinami, zapatrzony przed się i utopiony w bolu, co w nim rósł jeszcze i potężniał.
Dom ogłuchł, ino płakania w nim się rozlegały, jęki a westchnienia, kieby po pogrzebie czyim. Drzwi stały wywarte na rozcież do obór i chlewów, że inwentarz łaził po sadzie i zaglądał w okna, a nie miał go kto nagnać z powrotem, tyle co stary Łapa naszczekiwał i zaganiał, ale na darmo, bo nie uradził.
W stajni na werku Kuba czyścił strzelbę, a Witek z podziwem nabożnym przyglądał się temu i wyzierał oknienkiem, żeby ich kto nie zeszedł.
- Huknęło, że Jezus! Myślałem, że to dziedzic abo borowy strzelają...
- Hale... juści... dawnom nie strzelał, tęgom nabił i gruchnęło kiej z harmaty...
- Toście zaraz z wieczora poszli?...
- Tak, poszedłem na dworskie, pod las, bo tam na oziminę lubią kozy wychodzić... Ćma była, tom siedział długo... aż tu na świtaniu rogacz idzie... Przyczaiłem się tak, że ino z pięć kroków był ode mnie... nie strzeliłem, bo okrutny był, kiej wół... to myślę... nie uredzę... Puściłem go... a w jaki pacierz abo dwa... łanie wyszły... Wybrałem se najlepszą... inom przyłożył, jak nie huknie! Tęgom nabił, ba, aże mi ramię spuchnęło, tak dostałem przykładem... ale się zwaliła... ino kopała nogami... jeszcze by nie...z pół garści siekańca dostała w bok... a beczała jucha...ażem się bojał, by nie posłyszał borowy, i dorznąć musiałem...
- W lesie ostała, co? - pytał chłopak rozgorączkowany opowieścią.
- Gdzie ostała, to ostała, nic ci do tego, a powiedz komu choć słowo, to obaczysz, co ci zrobię...
- Kiej przykazujecie, to i nie powiem, a Józi to można?
- Hale, cała wieś by zaraz wiedziała. Naści dziesiątkę, kup se co...
- Nie powiem i tak, ino mnie weźcie kiedy ze sobą, moi złoci, moi...
- Śniadanie! - krzyczała sprzed domu Józka.
- Ino cicho być, wezmę cię, wezmę!
- I dacie mi choć ten raziczek strzelnąć, dacie? Co? - błagał.
- Ale.. proch to myśli, głupi, że darmo dają...
- Mam pieniądze, Kuba, mam, jeszcze w jarmarek dali mi gospodarz dwa złote, co jej howam na wypominki, to...
- Dobrze, dobrze, nauczę cię - szepnął i pogładził chłopaka po głowie... bo go tak ujął za serce tym skamleniem.
A w parę pacierzy po śniadaniu już obaj szli do kościoła.Kuba kusztykał raźno, a Witek ostawał się nieco, bo mu markotno było, że to nie miał butów, ino boso szedł.
- A czy to można do zakrystii boso, co? - pytał cicho.
- Głupiś! Pan Jezus ci na buty czyje zważa, a nie na pacierze...
- Pewnie że tak, ino w butach to zawżdy przystojniej... - szeptał smutniej.
- Kupisz ty sobie jeszcze buty, kupisz...
- A kupię, Kuba, kupię. Niech ino podrosnę na parobka, to zaraz pojadę do Warszawy i zgodzę się do koni...a w mieście to już wszystkie chodzą w butach, prawda, Kuba?
- Prawda, prawda! - baczysz to jeszcze?
- I jak! Pięć roków miałem, kiej mę Kozłowa przywieźli, to i baczę dobrze... juści... ziąb był... piechtyśmy szli do maszyny... baczę... a tu tyl
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|