Chłopi (Władysław Stanisław Reymont) - Lato Rozdział XI strona nr 1
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Chłopi - Władysław Stanisław Reymont / Lato Rozdział XI
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
Jagusia zaraz na wstępie pomiarkowała, że na wsi dzieje się cosik ważnego, psy jakoś zajadlej naszczekiwały w obejściach, dzieci kryły się po sadach wyzierając jeno zza drzew i płotów, ludzie już ściągali z pól, chociaż słońce było jeszcze wysoko, gdzieś znów zbierały się rajcujące cicho kobiety, a na wszystkich twarzach widniał srogi niepokój i wszystkie oczy pełne były lęku i oczekiwań.
- Co się to wyrabia? - spytała Balcerkówny, wyglądającej zza węgła.
- Nie wiem, toć pono wojsko idzie od boru.
- Jezus, Maria! wojsko! - nogi się pod nią ugięły ze strachu.
- A Kłębiak co ino mówił, że kozaki ciągną od Woli - dorzuciła lecąca kajś Pryczkówna.
Jagusia przyśpieszyła kroku, w niemałej już trwodze dopadając chałupy, matka siedziała w progu z kądzielą, a przy niej parę rozgadanych kobiet.
- Widziałam jak was, siedzą w ganku, a starsze u proboszcza na pokojach.
- A po wójta posłali Michała organistów.
- Po wójta! Moiściewy, to nie przelewki. Ho, ho, wyjdą z tego historie, wyjdą...
- A może jeno przyjechały ściągać podatki.
- Hale, to by jaże w tyla narodu przyjeżdżały, co? Musi być co drugiego.
- Pewnie, ale nic dobrego z tego nie wyjdzie, obaczycie, spomnicie moje słowa.
- To ja wam rzeknę, po co przyjechały - zaczęła Jagustynka przystępując do nich.
Zbiły się w kupę i kiej gęsi powyciągały szyje nasłuchując z chciwością.
- A to będą was zapisywały do wojska - zaśmiała się skrzekliwie, ale żadna nie zawtórzyła, tylko Dominikowa rzekła z przekąsem:
- Cięgiem się was trzymają psie figle.
- A bo z igły robita widły! Wszystkie dziw zębów nie pogubią ze strachu, a każda by rada jakiej przygodzie. Wielka mi rzecz ziandary.
Płoszkowa wtoczyła swój spaśny kałdun w opłotki i dalejże rozpowiadać, jak to ją zaraz cosik tknęło, kiej dojrzała bryki, jak to...
- Cichojta! Ano Grzela z wójtem lecą na plebanię.
Poniesły oczy na drugą stronę stawu, przeprowadzając idących.
- Cie, to i Grzelę wołają.
Ale nie zgadły, bo Grzela puścił brata naprzód, a sam obejrzał bryki, stojące przed plebanią, wypytał furmanów, przyjrzał się żandarmom siedzącym w ganku i jakoś mocno zaniepokojony poleciał do Mateusza zajętego przy Stachowej chałupie; właśnie był siedział okrakiem na zrębie zacinając łuzy la osadzenia krokwi.
- Nie odjechały jeszcze? - pytał nie przestając rąbać.
- A nie, to jeno bieda, że nie wiada, po co przyjechały.
- I w tym się cosik tai niedobrego! - zająkał stary Bylica.
- A może o zebranie! Naczelnik się wygrażał, a strażniki już się tu i owdzie przewiadywały, kto Lipce buntuje - rzekł Mateusz zesuwając się na ziemię.
- To by rychtyk wypadało, że przyjechały po mnie!- szepnął Grzela rozglądając się niespokojnie, przybladł i ciężko robił piersiami.
- A mnie się widzi, co prędzej by po Rocha! - zauważył Stacho.
- Prawda, przeciek się już o niego przepytywali! Że mi to nawet w myślach nie postało! - odetchnął z ulgą, lecz srodze zatroskany o niego, rzekł smutnie:
- Ani chybi; że jeśli mają kogo wziąć, to tylko Rocha!
- Jakże, możemy go to dać, co? Rodzonego ojca, co? - krzyczał Mateusz.
- Hale, nie sposób się im przeciwić, ani mowy o tym...
- Niechby się kaj schował, trza go przestrzec, juści...jąkał Bylica.
- A może to co drugiego, może to z wójtem sprawa - wtrącił nieśmiało Stacho.
- Na wszelki przypadek lecę go przestrzec! - zawołał Grzela i buchnął we zboża, przebierając się ogrodami do Borynów.
Antek siedział w ganku nakuwając sierpy na kowadełku i porwał się strwożony, dowiedziawszy się, o co idzie.
- Właśnie, co jeno przyszli. Rochu, a chodźcie no do nas! - krzyknął.
- Co się stało? - pytał stary wyściubiając głowę przez okno, ale nim mu rzekli, przyleciał srodze zaziajany Michał organistów.
- Wiecie, a to do was, Antoni, walą żandarmy! Już są nad stawem...
- To po mnie!
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|