Chłopi (Władysław Stanisław Reymont) - Lato Rozdział XI strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Chłopi - Władysław Stanisław Reymont / Lato Rozdział XI
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
- jęknął Rocho zwieszając smutnie głowę.
- Jezus, Maria! - krzyknęła Hanka stając w progu i uderzyła w płacz.
- Cicho! Trza zaradzić jakoś - szeptał Antek tężąc myślą.
- Skrzyknę wieś i nie damy was, Rochu! - srożył się Michał, wyłamując sielną gałąź i groźnie tocząc oczami
- Nie bajdurz! Rochu, za bróg i w żyta, prędzej ino! Przywarujcie kaj w bruździe, póki was nie zawołam. A chybko, bych nie nadeszli...
Rocho zakręcił się po izbie, cisnął jakieś papiery Józce leżącej na łóżku i zaszeptał:
- Schowaj pod siebie, a nie wydaj! .
I jak był, bez czapki a kapoty, rzucił się w sad i przepadł jak kamień we wodzie, że jeno kajś za brogiem zaruchało się żyto.
- Odejdź, Grzela! Hanka, do swojej roboty! Uciekaj, Michał, i ani mru-mru! - rozkazywał Antek zasiadając do przerwanej roboty i jął znowu nacinać sierp tak równiuśko i spokojnie jak przódzi, tylko że co trochę podnosił ostrze pod światło, a strzygł ślepiami na wszystkie strony, gdyż naszczekiwania psów były coraz bliższe, i wnet rozległy się ciężkie stąpania, brzęki pałaszów i rozmowy...
Zatłukło mu serce i zadygotały ręce, ale ciął równo, akuratnie, raz za razem, nie odrywając oczów, aż dopiero kiej przed nim stanęli.
- Rocho doma? - pytał wójt, wielce zalękniony.
Antek obrzucił spojrzeniem całą kupę i odrzekł wolno:
- Musi być na wsi, bo nie widziałem go od rana.
- Otworzyć! - rozkazał grzmiąco jakiś starszy.
- Przeciek wywarte! - odburknął Antek dźwigając się z ławy.
Urzędnik wraz z żandarmami wszedł do chałupy, zaś strażnicy rozlecieli się pilnować sadu i obejścia.
Na drodze zebrało się już z pół wsi, przyglądając się w milczeniu, jak przetrząsali dom kieby kopę siana. Antek musiał im wszystko pokazywać i otwierać, a Hanka siedziała pod oknem z dzieckiem przy piersi.
Juści, co szukali na darmo, ale tak penetrowali wszędy nie przepuszczając zgoła niczemu, że nawet któryś zajrzał pod łóżka.
- A siedzi tam i właśnie czeka na waju! - mruknęła.
Starszy dojrzał na stole jakieś książeczki przyciśnięte
Pasyjką, skoczył do nich kiej ryś i jął je pilnie przeglądać.
- Skąd je macie?
- Musi być, co Rocho je położył, to se i leżą.
- Borynowa niegramotna! - tłumaczył wójt.
- Kto z was umie czytać?
- A żadne, tak nas uczyli we szkole, że tera nikto nie rozbierze nawet na książce do nabożeństwa! - odpowiedział Antek.
Starszy oddał książeczki drugiemu i ruszył na drugą stronę domu.
- Cóż to, chora? - podszedł nieco do Józki.
- A juści, już od paru niedziel leży na ospę.
Urzędnik śpiesznie cofnął się do sieni.
- To w tej izbie mieszkał? - wypytywał wójta.
- I w tej, i kaj mu popadło, zwyczajnie jak dziad.
Przejrzeli wszystkie kąty, szukając nawet za obrazami, Józka chodziła za nimi rozpalonymi oczami, a tak rozdygotana ze strachu, że gdy któryś zbliżył się do niej, zaskrzeczała nieprzytomnie:
- Schowałam go pewnie pod siebie, co? Szukajcie!...
A kiedy skończyli, Antek przystąpił do starszego i kłaniając mu się w pas zapytał pokornym głosem:
- Dopraszam się, czy to Rocho zrobił jakie złodziejstwo?...
Urzędnik zajrzał mu jakoś z bliska w twarz i rzekł z naciskiem:
- A wyda się, że go ukrywasz, to już razem powędrujecie, słyszysz!...
- Dyć słyszę; jeno nie poredzę wymiarkować, o co sprawa! - podrapał się frasobliwie, urzędnik spojrzał ostro i poniósł się na wieś.
Chodzili jeszcze po różnych chałupach, zaglądali tu i owdzie, przepytując, kogo się jeno dało, że już słońce zaszło i drogi zapchały się stadami pędzonymi z pastwisk, gdy odjechali nic nie wskórawszy.
Wieś odetchnęła i naraz przemówili wszyscy, każden bowiem rozpowiadał, jak, to szukali u Kłębów, jak u Grzeli, jak u Mateusza, i każden widział najlepiej, i najmniej się bojał, i najbarzej im dopiekał.
Jaż Antek, kiedy już ostali sami, rzekł cicho do Hanki:<
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|