Chłopi (Władysław Stanisław Reymont) - Lato Rozdział VII strona nr 3
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Chłopi - Władysław Stanisław Reymont / Lato Rozdział VII
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
adłbyś se tera, gospodarzu, co? - przyciągnął pasa - jeno ci już matka dwojaków nie przyniesą, nie - westchnął smutnie.
I na podleskich rolach zaroiło się od ludzi, stawali, jak i on, do roboty na co dopiero nabytych ziemiach; dojrzał Stacha Płoszkę, orzącego w parę tęgich koni
- Mój Jezu, kiedy to dasz choćby jednego - pomyślał.
Wachnik Józef zwoził kamienie na fundamenta chałupy, Kłąb ze synami okopywał rowem swoją ziemię, a Grzela, wójtów brat, przy samym krzyzie nade drogą coś długo rozmierzał tyką.
- Miejsce jakby wybrane pod karczmę - zauważył Szymek.
Grzela oznaczywszy kołkami wymierzony plac przyszedł z pozdrowieniem.
- Ho, ho! robisz, widzę, za dziesięciu! - podziw miał w oczach.
- A bo mi to nie potrza? Cóż to mam? Jedne portki a te gołe pazury! - mruknął nie odrywając rąk od roboty.
Grzela poradził mu to i owo i wrócił do swojego, a po nim zachodziły i drugie, kto z dobrym słowem, kto na pogwarę, a kto jeno wykurzyć papierosa i zębów naszczerzyć, ale Szymek, odpowiadał coraz niecierpliwiej, że już w końcu ostro krzyknął na Pryczka:
- Robiłbyś swoje i drugim nie przeszkadzał! Świątki se juchy robią !
I ostał sam, bo go już omijali.
Słońce podnosiło się coraz wyżej, wisiało już nad kościołem, niesło się niepowstrzymanie zalewając świat ślepiącą jasnością i żarem, wiater się był kajś zadział, że już gorąc bez przeszkody ogarniał ziemię rozmigotaną przysłoną, w której zboża pławiły się kieby w tym rozbełtanym, cichuśkim wrzątku.
- Mnie ta rychło nie spędzisz - rzekł jakby przeciw słońcu i dojrzawszy Nastusię ze śniadaniem wyszedł naprzeciw, łapczywie zabierając się do dwojaków.
Nastusia jakoś markotnie spozierała po polach.
- A bo się to co urodzi na takich zdziarach i mokradłach!
- Wszystko się urodzi, obaczysz, co i pszenicę miała będziesz na placki.
- Czekaj tatka latka, jak kobyłę wilcy zjedzą.
- Nie zjedzą, Nastuś! Gront jest, to i łacniej przeczekać, dyć całe sześć morgów nasze - prawił pojedając z pośpiechem.
- Juści, to ziemi pewnie ugryzie! A jak to przezimujemy?
- Moja w tym głowa, nie turbuj się! O wszyćkim deliberowałem i wszyćkiemu najdę zaradę! - Odsunął puste , dwojaki, przeciągnął koście i powiódł ją pokazując i tłumacząc.
- W tym miejscu stanie chałupa! - zawołał radośnie.
- Stanie! Z błota ją pewnie ulepisz kiej jaskółka!
- A z drzewa i gałęzi, i z gliny, i z piasku, i z czego się jeno da, bele tylko w niej przetrzymać z jakiś roczek, póki się nie wspomożemy.
- Sielny dwór, widzę, zamyślasz! - warknęła niechętnie.
- Wolę w budzie niźli u kogo na komornym.
- Mówiła Płoszkowa, żeby się do nich sprowadzić na przezimowanie, i sama się ochfiarowała dać nam izbę, z dobrego serca.
- Z dobrego serca. A juści, pewnikiem chce zrobić na złość matce, dyć się żrą ze sobą kiej te psy. Torba zapowietrzona, nie potrzebuję jej dobrości. Nie bój się, Nastuś, wyrychtuję ci taką chałupę, że i okno będzie, i komin, i wszyćko, co ino potrza. Obaczysz, że jak ament w pacierzu, tak za trzy niedziele stanie gotowa, żebym se miał kulasy urobić, a stanie.
- Hale, sam to pewnie postawisz!
- Mateusz mi pomoże, przyobiecał!
- Nie dałaby to matka jakiego wspomożenia? - powiedziała lękliwie.
- Żebym skapiał, a prosił ich nie będę! - wykrzyknął, ale widząc, co jeszcze barzej posmutniała, wielce się sfrasował i kiej przysiedli pod żytem, jął jękliwie tłumaczyć:
- A mogę to, Nastuś? Jakże, wygnała me i na ciebie pomstuje.
- Mój Boże, żeby choć jaką krowinę dali, a to jak te najgorsze dziadaki, przez niczego, jaże strach pomyśleć.
- Będzie i krowa, Nastuś, będzie, jużem se jedną upatrzył.
- Bo to ani chałupy, ani bydlątka, ani nic! - zapłakała przytulając się do niego, obcierał jej oczy, głaskał po głowinie, ale że i jemu robiło się żałośnie, co dziw sam nie beknął, to porwał się na nogi, chycił za łopa
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|