Chłopi (Władysław Stanisław Reymont) - Lato Rozdział II strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Chłopi - Władysław Stanisław Reymont / Lato Rozdział II
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
eliście to? - pytał Jambroż łagodnie.
- U matki spałam, a Witek co ino przyleciał powiedzieć. Nie żyje to naprawdę? - zapytała nagle, przystępując do niego.
- Juści, co nie do ślubu go rychtujem, a jeno do trumny.
Nie mogła jeszcze zrozumieć, wsparła się o ścianę, gdyż się jej widziało, jakoby ją morzył ciężki śpik i zmora dusiła, a ona nie poredzi się przebudzić, jeno się kala cała w potach i w męce strachu. I co trochę wychodziła z izby i powracała nie mogąc oderwać oczów od trupa, i co trochę zrywała się kajś uciekać, a ostawała, i co trochę leciała za dom, na przełaz i nic nie widzący patrzyła po polach albo siadała na przyźbie wpodle Józki, która buczała drąc włosy i krzycząc żałośnie:
- O mój tatulu jedyny! O mój tatulu!
Juści, co wszystko obejście i dom pełne były tych płaczów i lamentliwych szlochań, a ona tylko jedna, chocia się w niej trzęsła każda kosteczka i jakieś ciężkie bolenie spierało pod piersiami, nie puściła ni jednej łzy, nie poredziła krzyczeć, a jeno chodziła błędna, świecąc oczami zapiekłymi w zgrozie.
Szczęściem, że Hanka wrychle się opamiętała i chociaż jeszczech popłakujący, a już dawała baczenie na wszystko i rządziła jak zwykle, że kiej przylecieli kowalowie, całkiem była ostygła.
Magda wybuchnęła płaczem, a jeno kowal rozpytywał.
Opowiedziała po porządku, jak się to stało.
- Dobrze, co mu Pan Jezus dał lekką śmierć! - szepnął.
- Tylachna wycierzpiał, to mu się należała
- Chudziaszek, na pole jaże uciekał przed kostuchą!
- A z wieczora zaglądałam do niego, to leżał se cicho jak zawdy.
- I nie przemówił, co? - pytał trąc suche oczy.
- Ani tego słowa, ogarnęłam mu pierzynę, dałam pić i poszłam.
- I sam wstał! Może by jeszczech nie pomarli, żeby go kto pilnował - jęknęła Magda przez głębokie szlochania.
- Jagusia sypiała u matki, bo stara ciężko chora, zawdy tak.
- Tak już miało być, to i tak się stało! Tyla się nachorzał, jakże, toć więcej niźli kwartał! A komu nie do zdrowia, to lepsza prędka śmierć. Trza Panu Bogu dziękować, co się już nie morduje - wyrzekł.
- Juści, a sami wiecie, co to zrazu kosztowały dochtory, co leki, a na nic poszło wszystko.
- Bo jak kto na śmierć chory, temu nie pomogą dochtory.
- Taki gospodarz, taki mądrala, mój Jezu! - biadoliła Magda.
- A mnie jeno żal, co Antek nie zdążył do żywego.
- Nie dzieciuch, to płakał nie będzie. O pochowku pilniej pomyśleć.
- Prawda, a tu jakby na złość i Rocha nie ma.
- Poredzimy se sami. Nie frasujcie się, już ja wszystko wyrychtuję.
Odpowiadał kowal, któren chociaż twarz pokazywał frasobliwą, a w sobie cosik drugiego taił, gdyż niby to wzdychał, niby to żałował i łzy obcierał, a w oczy nie patrzył. Wziął się Jambrożowi pomagać i ubiery ojcowe szykować, a długo myszkował w komorze pomiędzy motkami przędzy i w rupieciach, to po kątach szukał, to jaże na górę właził niby to po buty, które tam wisiały. Wzdychał jucha kiej miech, pacierze trzepał głośniej niźli Jagata i wypominał dobroście nieboszczyka, ale oczy mu cięgien szukały czegoś po izbie, a same ręce lazły pod poduszki lebo we słomie łóżka chciwie bobrowały.
Aż Jagustynka ozwała się kąśliwie:
- Byście tam czego uschniętego nie naleźli... a najdziecie, to trzymajcież, bo waju uciecze z garści, ślizgie...
- Kogo nie piecze, temu nie uciecze! - mruknął i już szukał otwarcie, kaj jeno mógł, nawet nie bacząc na organistowego Michała, któren przyleciał zziajany po Jambroża.
- Chodźcie do kościoła, przywieźli do chrztów czworo dzieci.
- Niech poczekają, nie ostawię rozbabranego.
- Wyręczę was, idźcie, Jambroży - namawiał kowal, jakby chcąc się go pozbyć.
- Ochfiarowałem się, to i zrobię. Nieprędko trafi mi się drugi taki gospodarz. Zrób w kościele, co potrza, Michał, wyręcz mnie, a niech chrzestni ołtarz obejdą z zapalonymi świecami, to ci grosz jaki kapnie. Na organistę
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|