Chłopi (Władysław Stanisław Reymont) - Lato Rozdział I strona nr 3
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Chłopi - Władysław Stanisław Reymont / Lato Rozdział I
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
yste, że każdy kiełb widniał pod włóknistą powierzchnią; każdy kamyk na dnie piaszczystym i każdy rak, gmerzący się w prześwietlonych cieniach brzegów, cichość wlekła się nad ziemiami słoneczną, usypiającą przędzą, jedne muchy, co brzęczały koło ludzi
Kosiarze siedzieli nad samą rzeką, pod kępą olch wyniosłych, wyjadając z dwojaków. Mateuszowi przyniesła jeść Nastka, wyrobnikom żaś Hanka z Jagustynką; przysiadły na trawie w słońcu i nakrywając chustami głowy słuchały ciekawie.
- Ja od początku zawdy mówiłem jedno, że nie dziś, to jutro Miemcy się wynieść muszą! - mówił Mateusz wy- skrzybując garnczek.
- Ksiądz tak samo utwierdza! - przywtórzyła Hanka.
- A tak będzie, jak się spodoba dziedzicowi - warknął kłótliwie Kobus rozciągając się pod drzewem.
- Jakże, to nie zlękli się waszych wrzasków i nie uciekli? - wtrąciła się po swojemu Jagustynka, ale któryś rzekł:
- Kowal powiadał wczoraj, jako dziedzic pogodzi się ż nami.
- Jeno mi dziwno, że Michał teraz ze wsią trzyma.
Węszy on w tym jakąś dobrą sztuczkę la siebie- syknęła stara.
- I młynarz też się pono wstawiał we dworze za wsią.
- Wszystkie za nami, dobrodzieje juchy - mówił Mateusz. - Powiem wam, laczego naszą stronę trzymają: kowalowi dziedzic obiecał dobrą oberchapkę za zgodę z Lipcami, młynarz się zlęknął, że Niemcy mogą postawić wiatrak na górce koło figury, zaś karczmarz też pomaga narodowi ze strachu o siebie, dobrze on wie, że kaj Miemce siądą, tam się już żaden Żydek nie pożywi.
- To i dziedzic boją się chłopów, kiej o zgodę zapobiega?...
- A zgadliście, matko, ten się najwięcej boją, zarno waju wyłożę...
Przerwał Mateusz, gdyż od wsi pokazał się Witek pędzący.
- Gospodyni, a to prędko chodźcie! - wrzeszczał już z dala.
- Co się stało? ogień czy co? - zerwała się trwożnie.
- A to... to gospodarz czegoś krzyczą!
Poleciała co tchu, nie rozumiejąc zgoła, co się tam stało:
A oto co było. Maciej już od samego rana był jakiś dziwny, matyjasił, mamrotał cięgiem, zrywał się z pościeli, to szukał czegoś koło siebie, że Hanka odchodząc na łąki przykazała Józce pilniejsze na niego baczenie. Dziewczyna często zaglądała do niego, leżał spokojnie, aż dopiero w czasie obiadu zaczął wrzeszczeć wniebogłosy.
Gdy Hanka przyleciała, jeszcze siedział na literkach i wołał:
- Kajście mi buty zapodzieli! - dawajcie prędzej.
- Zaraz przyniesą z komory, zaraz... - uspakajała wylękła, gdyż wydawał się całkiem przytomny i groźnie toczył oczami.
- Zaspałem, psiachmać - przeziewnął szeroko: - Już biały dzień, a wy śpita. Kuba niech brony szykuje, siać pojedziem - rozkazywał.
Stali przed nim, nie wiedząc, co począć, gdyż naraz przechylił się i leciał bezwładnie na ziemię.
- Nie bój się, Hanuś... zemgliło me... Antek w polu, co? W polu? - powtarzał, kiej go znowu ułożyli na pierzynie.
- Juści... od świtania... - jąkała bojąc się przeciwić.
Rozglądał się bystro i cięgiem gadał, ale co jedno słowo rzekł do rzeczy; to dziesięć całkiem płanych i znowu jął się gdziesik wyrywać, chciał się ubierać i o buty wołał, to chwytał się za głowę i tak przeraźliwie jęczał, jaże się na drogi rozchodziło. Hanka rozumiejąc, jako na koniec już mu przychodzi, kazała go przenieść do chałupy i przed wieczorem posłała po księdza.
Przyszedł wkrótce z Panem Jezusem, ale go jeno świętymi olejami namaścił.
- Więcej mu już nie potrzeba, lada godzina uśnie...- powiedział.
Na odwieczór naszło się narodu, bo zdawał się konać, że Hanka już mu gromnicę wtykała, ale się jakoś uspokoił i zasnął.
Zaś nazajutrz było tak samo, poznawał ludzi, rozmawiał przytomnie, to całe godziny leżał kiej trup. Siedziała przy nim kowalowa nieodstępnie, a Jagustynka chciała go okadzać.
- Dajcie spokój, jeszcze ogień zaprószycie.
Burknął niespodzianie, a gdy w południe przyleciał kowal i zaglądał mu w przywarte oczy, to ozwał się
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|