Chłopi (Władysław Stanisław Reymont) - Wiosna Rozdział VII strona nr 3
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Chłopi - Władysław Stanisław Reymont / Wiosna Rozdział VII
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
stwie.
- Prawda, same nawet pysków nastawiają do bicia! Wypisz, wymaluj - podobne do swojego ojca! Juści, jaka mać, taka nać, prawdęście rzekli; a że pamiętam, coście za młodu z chłopakami wyprawiali, to mi nie dziwota, co Jagusia do was się całkiem udała, bo takusieńka jako i wy: niechby kołek, bele w czapie na bakier, zechciał... nie odmówi z poczciwości - syczała jej nad uchem, aż tamta pobladła chyląc głowę coraz niżej.
Jagna właśnie sień przechodziła, zawołała jej Hanka, wódką częstując: wypiła i nie patrząc na nikogo, na swoją stronę poszła.
Wójt schmurniał, na próżno oczekując, że powróci.
Rozmowy jakoś nie szły, nasłuchiwał i chodził oczyma kryjomo za nią, gdy znowu się ukazała i na podwórze przeszła.
I kobietom odechciało się pogwary; stare jeno się żarły rozwścieklonymi ślepiami, zaś Płoszkowa poredzała z cicha z Hanką. Jeden Jambroży nie przepuszczał flaszce i choć nikto nie słuchał, plótł cosik i wycyganiał niestworzone rzeczy.
Wójt się naraz podniósł i niby za dom się wyniósł, a chyłkiem, przez sad na podwórze poszedł. Jagusia siedziała na progu obory dając pić po palcu srokatemu ciołkowi.
Obejrzał się trwożnie i pchając jej za gors karmelki szepnął:
- Naści, Jaguś, przyjdź o zmierzchu do alkierza, to dam ci cosik lepszego.
I nie czekając odpowiedzi, do izby śpiesznie powracał.
- Ho, ho, ciołek wam się zdarzył, dobrze go przedacie - mówił rozpinając kapot.
- Na chowanie pójdzie, bo to z dworskiego gatunku.
- Profit będzie pewny, ile że młynarzowy byk już do niczego. Ucieszy się Antek z takiego przychowku.
- Mój Jezu! kiej on go obaczy? kiej?
- Niezadługo, ja to wama powiadam, to wierzcie.
- Dyć wszystkich z dnia na dzień czekają.
- Mówię, że leda dzień się zjawią, cosik się ta przeciek z urzędu wie...
- A najgorsze, co pola nie chcą czekać.
- Jak się w porę nie obsieje, to straszno myśleć o jesieni!
Wóz jakiś zaturkotał. Józka wyjrzawszy za nim powiedziała:
- Proboszcz z Rochem przejechali.
- Ksiądz po wino do mszy się wybierał - objaśniał Jambroży.
- Że to Rocha wziął na probanta, nie Dominikową!- drwiła stara.
Nie zdążyła się odciąć Dominikowa, bo kowal wszedł i wójt podniósł się do niego z kieliszkiem.
- Spóźniłeś się, Michał, to gońże nas teraz!
- Prędko was, kumie, zgonię, bo tu już po was lecą...
Co jeno domówił, wpadł zadyszany sołtys.
- A chodźże, Pietrze, pisarz ze strażnikami na was czekają.
- Psiachmać, że to ni pacierza spokojności! Hale cóż, urząd pierwszy...
- Odprawcie ich prędko i powracajcie.
- Abo to chwaci czasu; o pożar na Podlesiu i o wasz podkop będą penetrowali...
Wybiegł wraz z sołtysem, a Hanka wpierając oczy w kowala rzekła:
- Przyjdą opisywać, to im rozpowiecie wszystko, Michale.
Skubał wąsy i wbił ślepie w dzieciaka, niby się to mu przypatrując.
- Cóż to im powiem? tyla, co i Józka poredzi!
- Dzieuchy przeciek do urzędników nie wyślę, nie przystoi, a powiecie, że ile wiadomo, z komory niczego nie wynieśli, czy zaś co inszego nie zginęło, to już... Bogu jednemu wiadomo... i... - strzepnęła pierzynę pokaszlując, by nie pokazać mu twarzy szydliwej, ale on się jeno ciepnął i wyszedł.
- Świędlerz jucha! - prześmiechnęła się leciuchno.
- Że krótkie były, to się jeszcze urwały! - narzekał Jambroż po czapkę sięgając.
- Józka, urznij im kiełbasy, niech se chrzciny w domu przydłużą.
- Gęś to jestem, bym suchą kiełbasę ćkał?
- Podlejcie se gorzałką, byście nie wyrzekali.
- Mądre ludzie powiadają: rachuj kaszę, kiej ją sypiesz do garnka, paliców przy robocie nie oglądaj, ale kieliszków przy poczęstunku nie licz...
- Kaj grzysi przydzwaniają, tam pijak do mszy służy!
Przegadywali, nie szczędząc gorzałki, ale nie wyszły i dwa pacierze, kiej sołtys jął oblatywać chałupy i wołać, by się wszyscy schodzili do
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|