Chłopi (Władysław Stanisław Reymont) - Wiosna Rozdział VII strona nr 2

skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki

Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line.
Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.


UWAGA: SUPER STRESZCZENIA

Szkolne lektury / Chłopi - Władysław Stanisław Reymont / Wiosna Rozdział VII

::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::


poprzednia strona

ł będzie?

- Garnuszki ze sobą sprowadził i arbatę cięgiem warzy a popija...

- Na darmo tego nie robi, cosik w tym być musi, że taki pan...

- A jest, że do cna ogłupiał! Człowiek każden zawdy zabiega i turbuje się o lepsze, a taki pan chciałby mieć gorzej? Nic inszego, jeno rozum stracił - mówiła Hanka unosząc głowę, gdyż w opłotkach rozległy się głosy.

Wracali już z kościoła od chrztu. Przodem Józka niesła dziecko w poduszce, chustą przykrytej, pod stróżą Dominikowej, a za nimi walili wójt z Płoszkową, w kumy proszeni, z tyłu zaś kusztykał Jambroży nie mogąc nadążyć.

Ale nim próg przestąpili, Dominikowa odebrała dziecko i przeżegnawszy się jęła z nim, wedle starego obyczaju, obchodzić cały dom, na węgłach jeno przystając i przy każdym z osobna mówiąc:

- Na wschodzie - tu wieje...

- Na północy - tu ziębi...

- Na zachodzie - tu ciemno...

- Na południu - tu grzeje...

- A wszędy strzeż się złego, duszo ludzka, i jeno w Bogu miej nadzieję.

- Niby nabożna, a taka guślarka z Dominikowej! - śmiał się wójt.

- Pacierz pomaga, ale i zamawianie nie zaszkodzi, wiadomo! - szepnęła Płoszkowa.

Szumno weszli do izby. Stara rozpowiła dzieciątko i jak je Pan Bóg stworzył, nagusieńkie i kiej rak czerwone, matce do rąk podała.

- Prawego chrześcijanina, któremu Rocho na imię przy chrzcie świętym dano, przynosim wam, matko. Niech się zdrowo chowa na pociechę!

- I niechaj z tuzin Rochów wywiedzie! Tęgi parobek: krzyczał, że nie trza go była szczypać przy chrzcie, a sól wypluwał, jaże śmiech brał...

- Bo idzie z rodu, któren się gorzałki nie wyprzysięgał - ozwał się Jambroży.

Chłopak piszczał i majdał kulasami na pierzynie, Dominikowa przetarła mu wódką oczy, usta i czoło i dopiero go Hance przystawiła do piersi. Przypiął się kiej smok i ścichnął.

Hanka dziękowała serdecznie kumom całując się ze wszystkimi, a przepraszając, że chrzciny nie takie, jak być powinny Borynowego dziecka.

- Urodzicie za rok czwartego, poprawim sobie wtedy i odbijem! - żartował wójt ocierając wąsy, bo już kieliszek szedł ku niemu.

- Chrzciny bez ojca to jakby grzech bez odpuszczenia- ozwał się niebacznie Jambroży.

Rozpłakała się na to Hanka, aż kobiety jęły do niej przepijać na pocieszenie i w ramiona brać, że utuliwszy żałoście zapraszała, bych się do jadła brali, gdyż jajecznica na kiełbasie już pachnęła z michy.

Jagustynka czyniła przyjęcie, bo Józka przyśpiewywała dzieciątku usypiając je w dużej niecce, że to u starej kołyski biegunów brakowało.

Długo skrzybotały łyżki, a nikto słowa nie wypuścił.

Że zaś dzieci do sieni się naszło i coraz to głowiny do izby wtykały, wójt rzucił im przygarść karmelków, iż z piskiem a bijatyką wytoczyły się przed dom...

- Nawet Jambroż zapomniał języka w gębie! - zaczęła Jagustynka.

- Bo se po cichu miarkuje, że chłopakowi gospodarkę trza szykować i dzieuchę.

- Gront - ojcowy to kłopot, a dzieucha - kumów.

- Nie zbraknie tego nasienia, nie! Proszą się z nim i by kto wziął, dopłacają.

- Musi być, co wójtowej ckni się do małego; widziałam, jak wietrzyła na płocie przyodziewę po swoich nieborakach!

- Pono na jesień wójt obiecują sprawić chrzciny!

- Przy takim urzędzie, a o czym potrza, nie zapominają!

- A bo smutno w chałupie bez dziecińskich wrzasków! - rzekł poważnie.

- Prawda, że i utrapień z nimi niemało, ale i wyręka jest, i pociecha...

- Specjały! I na złocie straci, kto je przepłaci! - mruknęła Jagustynka.

- Pewnie, że bywają i złe, za nic mające ojców, kwarde, ale jaka mać, taka nać, to się zbiera, co się zasiało!- westchnęła Dominikowa.

Rozsrożyła się Jagustynka, czując, że to jej przymawia.

- Łacno wam prześmiewać z drugich, że macie takich dobrych chłopaków, co to i oprzędą, i wydoją, i garnki pomyją jak najsprawniejsze dzieuchy.

- Bo w poczciwości chowane i w posłuszeń

następna strona



::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::




Centrum ogrodowe




Archiwum lektur szkolnych istnieje od sierpnia 2005, mapa serwisu Polityka prywatności
Autor skryptów: Przemysław Krajniak, Skrypty PHP