Chłopi (Władysław Stanisław Reymont) - Zima Rozdział VI strona nr 2
skleroterapia Warszawa | Liczniki odwiedzin | Księgi gości | Metal Lyrics | Znaczenie imion | Konwerter | Wolne domeny | Informacje o samochodach | Zakupy w UK | | | Hotele | Hotele w Warszawie | Chorwacja wczasy | wózki widłowe | Zlewozmywaki
Archiwum lektur szkolnych zostało powołane do życia w sierpniu 2005 roku, na łamach serwisu prezentuję książki znanych pisarzy, które są szkolnymi lekturami lub są wartościowe (wg mnie). Wszystkie książki są zamieszczone w serwisie w legalny sposób, pisarze, których książki prezentujemy nie żyją już ponad 70 lat i ich dzieła są obecnie dobrem publicznym, które można rozprowadzać bez uiszczania jakichkolwiek opłat. Zapraszam do korzytania z naszego serwisu :) Jest to prawdopodobnie najlepsza biblioteka on-line. Zapraszam do wymiany poglądów / zbiorów literackich pod adresem e-mail: ksiazki(at)ksiazki.metallyrics.pl.
Szkolne lektury / Chłopi - Władysław Stanisław Reymont / Zima Rozdział VI
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
poprzednia strona
... - zauważyła Jaguś.
- Jakże, o mnie by zapomnieli...
- Bo wy kowalowi wierzycie, a on cygan najpierwszy...
- Głupiaś, nie powiadaj, na czym się nie rozumiesz...
Zamilkła obrażona, próżno zagadywał łagodnymi słowy, aż w końcu sam się zeźlił, nadział czapę i z trzaskiem poszedł. Jaguś narządziła kądziel, przysiadła się pod okno i przędła spoglądając od czasu do czasu w śnieżycę, srożącą się za oknem.
Wiatr huczał przeraźliwie, śnieżne tumany kłębami jak domy abo jak te drzewa wielgachne, rozstrzępione taczały się po świecie i raz po raz biły w chałupę, aż szystko w izbie dygotało, szczękały miski poustawiane w szafce i kolebały się u pułapu opłatkowe światy. Zimno przejmujące, wiejne tak ciągnęło od okien i drzwi, że Łapa wciąż szukał cieplejszego legowiska, a Jagna przyokryła się w zapaskę.
Witek wsunął się cicho i rzekł nieśmiało:
- Gospodyni !
- Czego?
- Wiecie, a to dziedzice w ogiery przyjechał. Cuganty kiej hamany, kare całkiem, w siatkach czerwonych, z piórami na łbach, a brzękadła na pasach to łyśnią się od złota kiej te obrazy w kościele! A jak szły, to niczym ten wiater !
- Nie dziwota, dworskie przecież, nie chłopskie!
- Jezus, jeszczem takich smoków nie widział!
- Jeszcze by, nic nie robią i na czystym owsie stoją!
- Pewnie, że tak, ale żeby naszą źrebicę wypaść, ogon jej obciąć, grzywę zapleść i sprząc z wójtową siwką, toby tak samo rwały, co? gospodyni...
Pies się zerwał nagle, nastroszył i zaczął szczekać.
- Wyjrzyj no, ktosik jest w ganku.
Ale nim zdążył, jakiś obwalony śniegiem człowiek stanął w progu, pochwalił Boga, otrzepywał czapkę o buty i rozglądał się po izbie.
- Pozwólcie się ogrzać i wytchnąć nieco! - rzekł prosząco.
- Siadajcie, Witek, przyrzuć na ogień - zarządziła zmieszana.
Nieznajomy siadł przed kominem, ogrzał się nieco i zapalił fajkę.
- Borynowy to dom, Macieja Boryny? - zagadnął odczytując z papierka.
- Juści, Borynowy - przytwierdziła ze strachem, bo się jej uwidziało, że to jakiś z urzędu.
- Ojcicc w domu?
- Mój poszli na wieś.
- Poczekam, pozwólcie, że posiedzę przed ogniem, przemarzłem.
- A siedźcie, przeciech ławki ni ognia nie ubędzie.
Nieznajomy zdjął kożuch, ale snadź zimno mu było, bo wstrząsał się cały, zacierał ręce i coraz bliżej przysuwał się do ognia.
- Ciężka zima latoś - szepnął.
- Pewnie; że nie letka. A może mleka zgotować na rozgrzewkę?
- Dziękuję, gdybyście mieli herbatę!...
- Była ci, była, jeszcze jesienią, kiej mój chorzał na brzuch, przywiezłam z miasta, ale wyszła, a nie wiem, u kogo by na wsi znalazł...
- A dobrodziej pono cięgiem arbatę piją - wtrącił Witek.
- Nic potrzeba, nie, herbatę mam ze sobą, zagotujcie mi tylko wody...
- Wrzątku niby!
Przystawiła garneczek z wodą do ognia i siadła z powrotem do kądzieli, ale nie przędła, tyla co czasem furknęła wrzecionem dla niepoznaki i spozierała na niego pilnie, pełna głuchego niepokoju i ciekawości: co za jeden, czego chce, może z urzędu, po jakim spisie, bo cięgiem zaglądał do książeczki?... Ubiór też miał prawie pański, szary z zielonym, jaki to noszą strzelcy dworscy! a to znowu kożuch chłopski i czapkę też! Cudak ci jakiś abo ten obieżyświat' A może i co drugie! Rozmyślała porozumiewając się oczami z Witkiem, któren niby podkładał na ogień, a głównie rozglądał nieznajomego i mocno się dziwował, że ten cmoknął na Łapę.
- Ugryzie, pies zły! - szepnął mimo woli.
- Nie bój się, mnie psy nie gryzą - uśmiechnął się dziwnie i gładził tulący mu się do kolan psi łeb.
Przyszła wkrótce Józka, a za nią zaraz zajrzała Wawrzonowa, to któryś z sąsiadów, bo się już było rozniesło w sąsiedztwwie, że jakiś obcy siedzi u Borynów.
A on wciąż się nagrzewał nie bacząc na ludzi ni ich szepty i uwagi, dopiero gdy się woda zagotowała, wydobył z jakiegoś papierka herbatę, zasypał
następna strona
::-[ poprzedni rozdział :: spis treści :: kolejny rozdział ]-::
|